Jak dostałam pracę, czyli wypracowanie pod tytułem „Myślałam, że mam szczęście”.
Szukałam pracy około dwóch tygodni. No, sami rozumiecie, że Nowy Jork to miejsce, gdzie są problemy z pracą, zwłaszcza jeśli nie znacie języka perfekcyjnie i w ogóle gdzie jest wasz socialsecuritynumber?? Miałam szczęście, że o to pytanie nie pytano mnie często, bo był jeszcze w długim procesie wyrabiania. Właściwie prace, do których rosyjscy studenci mogą się dostać, głównie nie wymagają tego papierka, albo może miałam szczęście i chcieli go zobaczyć tylko w jednym miejscu, do którego chciałam się dostać.
Jak szukałam pracy, no, prostymi sposobami:
-
Internet
-
Długie spacery po ulicach i lądowanie w każdej kawiarni czy restauracji, żeby wypełnić kolejną tysięczną, nie, setną aplikację. Swoją drogą, przy okazji tak poznawałam miasto.
-
Plus każdy nowy znajomy chciał pomóc i ciągnął gdzieś do swoich przyjaciół albo po prostu tylko obiecywał)))
Do jakich miejsc ja tylko nie wchodziłam! Były to bardzo urocze kawiarnie z małymi salami, a także szykowne restauracje z drogim menu.... A czas mijał i z żadnego miejsca do mnie nie dzwonili(( i tak znudziło się już wszystkim kłamać, że mam niesamowite doświadczenie zawodowe!!! Że tracą takiego pracownika))
I oto pewnego pięknego dnia, kiedy zaczęłam swój zwykły poranek, wchodząc na „ulubioną” stronę craigslist.com, otrzymałam list mailowy, w którym zapraszano mnie na rozmowę kwalifikacyjną do country klubu, na stanowisko caterwaitress. No cóż, to była moja szansa, żeby w końcu dostać pracę i rzuciłam się do walki!
W liście był adres i link do strony klubu, natychmiast przeszłam pod link. Zobaczywszy zdjęcia miejsca, byłam w szoku, to było szykownie urządzone miejsce, z luksusowymi salami! Myślałam, że najprawdopodobniej mnie tam nie przyjmą, zbyt ekskluzywnie!!
Googlemaps, chociaż niby szczegółowo opisały mi, gdzie to miejsce, szukałam go długo... tak jak i dojeżdżałam tam! Bo trzeba było najpierw jechać metrem, a potem przesiąść się w autobus i jechać jeszcze 40 minut!! Jeszcze trzeba było zdecydować, który autobus, jeszcze zawsze miałam problemy, w którą stronę jechać... często było tak, że przejadę już 25 minut i dopiero potem rozumiem, że jadę absolutnie w drugą stronę!!!!
Studiując teren dokładnie, w końcu znalazłam ten klub „ElCarib”. Znajduje się on, szczerze mówiąc, w kompletnej... daleko, krótko mówiąc)))
Taak, to było to miejsce, gdzie chciałabym świętować swój ślub! Bardzo pięknie, bardzo wykwintnie, wszędzie palą się świece, w holu duży fortepian, ludzie wszyscy w mundurkach (ja go później nazwałam pingwinkiem)...
Ze mną rozmawiał George, dokładniej on mówił, a ja kiwałam! Bo on dużo gadał i od czasu do czasu pytał, czy rozumiem całą istotę obowiązków i tym podobne. Ja uparcie za każdym razem odpowiadałam, że rozumiem! Potem zapytał, kiedy mogę zacząć i powiedział, że muszę przynieść do pracy czarne buty i skarpetki. Właściwie to wszystko! Jestem przyjęta!!! Pensja oczywiście mnie nie ucieszyła, prawie minimum, które musi być przestrzegane w Nowym Jorku(( pensja 7.50, a minimum 7.15... jeszcze na czek, a to oznacza, że minus 30 procent podatków, w ogóle, smutna taka pensja. Zdecydowałam, że czas już jednak pracować i w ogóle dość leżenia do góry tyłkiem!!
W pierwszy dzień pracy bardzo się denerwowałam, bałam się, że czegoś nie zrozumiem i mnie od razu zwolnią, ale zespół okazał się całkiem przyjazny i jeśli czegoś nie rozumiałam, co mi mówili, to kazali mi patrzeć, jak ktoś robi, i robić to samo)) jak małpa powtarzałam, krótko mówiąc)))
Nie byłam jedyną nową osobą tego dnia) kiedy usłyszałam, że chłopiec ma na imię Vlad, byłam tak szczęśliwa!! Myślę, no, mam szczęście, przynajmniej ktoś tutaj mówi po rosyjsku!! Ale nie tutaj to było!! Okazało się, że on już urodził się w Ameryce, rodzice rosyjscy, ale opanować rosyjski nie zdołał!! Rozumiał prawie wszystko, co mówiłam, ale mógł odpowiedzieć mi tylko po angielsku. W moim przypadku i to było też dobrze))))
Pokazali nam sale, kuchnie, gdzie znajdują się wszelkie przybory, gdzie wynosić brudne naczynia, no i wszystko, co musi wiedzieć kelner.
Wiecie, co było najśmieszniejsze pierwszego dnia?? Jak dobierali mi mundur!! Najpierw George wydał mi gigantycznego rozmiaru S białą koszulę i spodnie rozmiaru 4 (też giganty). Był pewien, że mam rozmiar 4!! Potem jednak odnalazł rozmiar 2, ale koszulę musiałam nosić tę, nawet w rozmiarze 2 wydawałam się dziewczyną w worku!! Jakoś dziwnie! Byłam najchudszą kelnerką! Potem wydali mi muszkę i marynarkę, a jeszcze białe rękawiczki. Oto i wyciągnęłam wniosek, że wyglądam jak pingwinek!! No zgódźcie się... jeszcze wszystko workowato na mnie leżało))

