Czternastego stycznia, w ostatni dzień pobytu Witki w mieście (a samolot miał o szóstej wieczorem, więc z domu trzeba było wyjeżdżać najpóźniej o drugiej po południu), zaproponowałem mu, żebyśmy znowu pojechali na Uniwersytet Kapsztadzki. Bardzo mi się tam podobało, a jemu, jak zrozumiałem, też, bo wcale nie oponował na moją propozycję.
Tak też zrobiliśmy. Pojechaliśmy. Wykąpaliśmy się w stawie. Byliśmy na zielonym placu – przed głównym, górnym budynkiem.
Czas leciał nieubłaganie. Trzeba było wracać. Zdążyć zjeść i spakować rzeczy.
Za dwadzieścia druga po Witkę przyjechał Brian, znajomy Iry. Rano do niego zadzwoniłem i poprosiłem, żeby zawiózł Witkę na lotnisko.
Pożegnaliśmy się. Czas – dwa tygodnie – minął niepostrzeżenie. Ale wydarzyło się wiele rzeczy. Będzie co wspominać.
A dzisiaj, kiedy piszę ten post, jest już dwudziesty drugi stycznia.
Wróciłem do dawnego życia. Chodzę do pracy. Piszę książkę. Co było w tym tygodniu? Cóż, parę razy widzieliśmy się z Irą. Trzy razy – z Kristiną. W zeszłym tygodniu poszliśmy z nią do kina. Teraz staram się chodzić w każdą środę. Niewykluczone, że to przydatne dla mojego, dalekiego od doskonałości, angielskiego. Poza tym, w środy cena biletu to tylko jakieś piętnaście randów przez cały dzień. Podczas gdy we wszystkie inne dni – trzydzieści trzy. A więc nie widzę sensu przepuszczać tak cudownej okazji.
Widziałem się parę razy ze Stasem i Anshen. A Kiriłł ze Swietą pojechali do Kimberley – do mamy Kiriłła. Wrócili czy nie – nie wiem. Nie mogę się jakoś do niego dodzwonić.
Do Katii też nie możemy się dobić. Wiemy z Irą, że dotarła do domu szczęśliwie i już dwa tygodnie tam jest. Może całkowicie pogrążyła się w nauce, żeby oderwać się od wspomnień i jakoś na nowo zaadaptować się do niegdyś przyzwyczajonego życia?!
A wczoraj wieczorem po dziewiątej (była środa) pojechałem na Waterfront, obejrzeć film. Irince nie udało się dotrzymać mi towarzystwa, więc po raz pierwszy tutaj poszedłem do kina sam. Grano film „Anywhere But Home” z Reese Witherspoon w roli głównej. Jednak, jak się okazało, na mój seans trzeba było czekać ponad godzinę. Poszedłem na spacer. Okazało się, że w środę wieczorem, o dziesiątej, Waterfront jest prawie wyludniony. Za to niewyobrażalnie piękny! Wokół wszystko w światełkach. I odbija się w wodzie oceanu, która była wczoraj wieczorem taka spokojna, jakby gęsta jak roztopione szkło. Powoli spacerowałem wzdłuż barierek. Wokół, dzięki miriadom witryn i jeszcze nie zdjętym noworocznym girlandom, oświetlone były kawiarnie i restauracje. Tu i ówdzie brzmiała muzyka. Gdzieś na żywo: występowali artyści, a gdzieś brzmiała z kolumn. W jednym miejscu występował chór czarnoskórych, zapewne wykonujący narodowe pieśni ludowe.
W wodzie coś bulgotało. Coś dużego, na półtora metra, błyszczące, gładkie! Zaskakująco było spotkać fokę przy przystani. Okazuje się, że niektóre z nich mogą pojawić się tutaj w nocy i w ciszy.
Seans na wybrany przeze mnie film zaczynał się o 22:45. Kupiłem bilet, wszedłem na salę. I wyobraźcie sobie! Byłem tam sam!!! Co za żart! ? W największej sali lokalnego kina film wyświetlano tylko dla jednej osoby – mnie!
Bawiłem się świetnie! Po raz pierwszy w życiu dostąpiłem takiego zaszczytu: jestem sam, a seansu nikt nie odwołał! A u nas w takich przypadkach mówią: „Seans wyświetlany jest dla minimum dwóch osób!”
Więc nastrój wczoraj miałem super i dzień minął zgodnie z nastrojem.
22 stycznia 2009
Nocny Kapsztad





