Cóż, moi kochani, dawno nie dodawałam wpisów na bloga! Trzeba to naprawić!)
Moje wywody zostały przerwane przez... SESJĘ! My, studenci, wiemy, co to za "dama") Uparta, wredna i bezkompromisowa!
Powiem wam tak – zdawanie sesji przed terminem nie jest takie proste. Przynajmniej dla mnie jest to trudne! Bo w moim instytucie, niestety, nie ma żadnych zaliczeń automatycznych! Moją sesję przedterminową podzieliłam na 2 etapy.
1 tydzień – zaliczyć wszystkie przedmioty.
2 tydzień – zdać wszystkie egzaminy.
I jeszcze 5 dni zostanie na pakowanie.
Jeśli dopiero myślicie o tym, żeby w przyszłym roku (albo za rok, albo za dwa lata, albo kiedykolwiek) zapisać się do programu i własnymi rękami oraz mózgiem zafundować sobie przygodę i ból głowy, to mogę wam doradzić jedną bardzo przydatną rzecz (a czy skorzystacie z rady, czy nie, to już wasza decyzja).
Otóż sekret jest prosty: jeśli macie możliwość – załatwiajcie sesję jak najwcześniej!!!!!
Zrozumiałam, po co między egzaminami a zaliczeniami zostawiają 2 (lub więcej) dni przerwy – żeby w tym czasie mózg oczyścił się z niepotrzebnych bzdur, które trzeba wkuwać i przechowywać na półkach pamięci krótkotrwałej!
Zdawanie po 2 zaliczenia każdego dnia – to bardzo ciężkie! Wracasz do domu, jesz, sprawdzasz pocztę, żeby jakoś się oderwać, siadasz do nauki nowego przedmiotu – a tu figa! Nie ma gdzie składować wiedzy! Choćbyś suszarką w ucho dmuchał, żeby wszystko wywietrzało!
Z zaliczeniami sobie poradziłam, ale jak poradzę sobie z codziennymi egzaminami w przyszłym tygodniu, zobaczymy, zobaczymy!)
Jak już zdam sesję, będę was cieszyć wpisami z mnóstwem emotikonek i wykrzykników.)

