San Francisco przywitało nas pochmurnym niebem i mżawką! Aż strach było opuszczać ciepły, przytulny autobus!
Ubrani w najcieplejsze rzeczy, wysiedliśmy na Union Square!
Pierwsza reakcja: "Ale tu fajnie!"
Od razu czuć było tętniące życie, wszędzie kręciła się hipisowska młodzież, pełno było niekończących się knajpek i klubów!
Nie mając pojęcia, dokąd się udać, na początek wzięliśmy darmowe gazety, w których była nawet szczegółowa mapa miasta!
Znaleźliśmy ulicę, przy której w internecie znaleźliśmy tani hotel, ale nie było tam wolnych pokoi(
Postanowiliśmy iść głównymi ulicami i zaglądać do wszystkich napotkanych noclegowni! Ale nie wszystko było takie proste:
był piątkowy wieczór i prawie wszędzie wszystko było zajęte, albo zostały tylko najbardziej wygórowane ceny od 150$ za dobę!
Zaczęłam się nawet trochę denerwować, patrząc na czarnoskórych bezdomnych, których z każdą godziną przybywało!
Ale ogólnie nie traciliśmy wiary w siebie i szczęście, w ostateczności mieliśmy nawet adres darmowej noclegowni dla bezdomnych!
Pomogła ta sama darmowa gazeta, w której znaleźliśmy mnóstwo ogłoszeń całkiem tanich hoteli z kuponami rabatowymi!
Zameldowaliśmy się w pokoju za 60$. W tym cudownym pokoju była nawet mikrofalówka, o której marzyłam, żeby zjeść chińską zupkę przywiezioną z Nowego Jorku)
Do tego wszystkiego rano w hotelowym lobby był darmowy kontynentalny śniadanie, wszystko standardowo: bułeczki z masłem i dżemem, płatki z mlekiem, sok, kawa, jabłka, banany!
Z przyzwyczajenia wzięliśmy też jedzenie na cały dzień)
Szkoda, że musieliśmy się pakować i szukać nowego noclegu, bo ceny w hotelu na weekend wzrosły dwukrotnie!
Znaleźliśmy kolejny hotel za 100$ za dobę, rzuciliśmy plecaki i naprzód!
Dokładnie przestudiowaliśmy różne broszury i mapy) Iryszka namówiła mnie, żeby iść pieszo w stronę przystani!
Nie każdy by się na to zgodził, bo całe miasto położone jest na wzgórzach, przy czym często trafiają się całkiem spore))
Ale my nie boimy się trudności)
San Francisco zaskakiwało nas we wszystkim! Architektura domów przypominała jakiś lekki, pełen wdzięku europejski styl, z wyjątkiem Downtown. Tutaj wszystko było jak zwykle: potężne wieżowce, znane nam sklepy, banki - wszystko w jakiś sposób przypominało Nowy Jork!
Po całym mieście jeździły urocze stare autka, w rodzaju naszego "Zaporożca", otwarty mały tramwaj, małe sklepiki spożywcze, gdzie sprzedawali alkohol całodobowo!
I oczywiście wszędzie tęczowe flagi bez białego koloru i trzymający się za ręce miejscowi o szerokich horyzontach!
Teraz rozumiem, dlaczego Frisco nazywają najbardziej demokratycznym miastem Ameryki, taką liczbę gejów i bezdomnych rzadko gdzie spotkasz!
Naszym ulubionym miejscem stały się wspaniałe przystanie! Nawet nie wiem, jak to wyrazić słowami, północne wybrzeże ma zupełnie niezwykłą atmosferę! Kamienne nabrzeża z ogromną liczbą żaglówek i oszałamiający widok na mosty oraz słynny Alcatraz!
Tak bardzo marzyłam o odwiedzeniu tego najsłynniejszego więzienia świata, niestety z powodu pieniędzy nie udało się tego zrobić...
Musiałam zadowolić się różnymi pamiątkami o tematyce więziennej)
Przeszliśmy się popularną wśród wszystkich turystów przystanią nr 39 (pier39) aż do Fisherman's Wharf - niezwykłe miejsca! Tutaj ładujesz się jakąś energią niestrudzonego podróżnika, chce się zamieszkać na statku pirackim i bez końca wędrować po Świecie!
Odwiedzenie najpiękniejszego mostu Ameryki - mostu "Złote Wrota" (Golden Gate bridge) trzeba było przełożyć na inny dzień, bo zepsuł nam się aparat fotograficzny(((
Poranek nowego dnia zaczął się od poszukiwania darmowego jedzenia! W naszym hotelu tym razem nie było śniadania, ale wystarczyło powłóczyć się po okolicy, bo rano wszystkie drzwi w hotelach są otwarte.
Robisz odpowiednią zaspany minę i wszystko jest ok, nawet można coś ze sobą zabrać)
Kupiliśmy też jednorazowy aparat na kliszę, 27 klatek)
Golden Gate bridge okazał się tak samo piękny jak w serialu "Czarodziejki" (Charmed)
Z zachwytem przyglądaliśmy się malowniczym widokom, które otwierały się z ogromnego mostu, i przygotowywaliśmy się przez 5 minut do każdego zdjęcia)
Wieczorem trochę zabłądziliśmy, postanowiliśmy iść pieszo do hotelu, potem ledwo znaleźliśmy przystanek autobusowy)
Jakoś smutno było wyjeżdżać z Frisco (uwielbiałam tak go nazywać), to miasto czymś przyciąga!
Wydawało się, że jest tu jeszcze tyle ciekawych rzeczy, chociaż w 2 dni obeszliśmy bardzo wiele!
Na koniec pojechaliśmy metrem na lotnisko, w głowie w tym czasie grała stara piosenka Carmen, którą kochałam od dzieciństwa:
To San Francisco - miasto w stylu disco, To San Francisco - tysiące świateł, To San Francisco - miasto pełne ryzyka,
To San Francisco - made in U.S.A.

