18.08.2009
Cóż, dotarłem do ostatniego punktu mojej trasy! Jest godzina 7, 18 sierpnia 2009 roku, siedzę i piję kawę w San Francisco!
Dzisiaj cały dzień spędzę tutaj, a o 23:00 wyruszam do Dallas, do którego trzeba jechać prawie dwie doby!
W nocy spałem jak zabity, nie obudziłem się nawet podczas postojów – po wczorajszej bezsennej nocy. Jest tu całkiem zimno! Miałem nadzieję przeczekać poranny chłód przy kawie, ale wygląda na to, że szybko się nie skończy, więc ruszam!
Ups, przepraszam, tu nie jest całkiem zimno! Tu jest straszny ziąb i ogromny wiatr! Wytrzymywałem, ale potem nie dałem rady i owinąłem się kocem, który kupiłem wczoraj do spania w autobusie. Tak chodziłem pół dnia, jak Indianin :).
Najpierw przeszedłem się Montgomery street, która jest tu uważana za Financial District. Skręciłem w lewo, poszedłem uliczkami w górę – o rany, co za nachylenie! Chyba jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego w miastach. Samochody są zaparkowane pod takim kątem, że wydaje się, że zaraz stoczą się w dół. Chodziłem, wszedłem na Noble Hill – najwyższy punkt San Francisco, spojrzałem w dół, potem wszedłem do internetu, sprawdziłem rozkład autobusów do Bostonu. Wygląda na to, że jednak pojadę do cioci Inny, i to jest super, bo tam powinno być ciekawie.
Tutaj właśnie otworzyło się muzeum tramwajów linowych, chyba najsłynniejszy symbol San Francisco. Tam jest fajnie: pod ziemią przeciągnięty jest metalowy kabel, który się porusza, a tramwaj przez szczelinę w ziemi zaczepia się o ten kabel i sam się porusza. Kabel wprawiają w ruch potężne silniki znajdujące się na stacji. A ponieważ muzeum znajduje się w samym budynku stacji, to tam wszystko widać, jak to wszystko się obraca i wprawia w ruch :).
Po wyjściu z muzeum trochę pokręciłem się po Chinatown.
Chinatown w SF jest tak ogromne, a Chińczyków jest tak wielu, że nie można powiedzieć – czy w SF jest chiński Chinatown, czy odwrotnie, w Chinatown jest dzielnica San Francisco.
W ich chińskich sklepach sprzedają po bardzo niskich cenach nawet zwykłe towary, niechińskiej produkcji. Dla żartu kupiłem sobie jakiś napój sojowy i jakieś chrupiące paluszki. Jedno i drugie miało średni smak.
Kiedy schodziłem z powrotem na Montgomery street, zobaczyłem skupisko wozów strażackich, policjantów i innych ludzi. Widocznie zdarzył się pożar.
Podchodząc bliżej, zobaczyłem mężczyznę z okropnymi oparzeniami, który stał i rozmawiał z policjantem. „O rany – pomyślałem. – Przecież on musi pilnie jechać do szpitala”. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że kręcą film!
Wychodząc do centrum, skierowałem się do parku, który sądząc po nazwie powinien być centrum sztuki, jednak pawilony tegoż centrum sztuki okazały się zamknięte, a wokół był po prostu park. Dziwne. Centrum sztuki bez sztuki.
Stamtąd postanowiłem pojechać na Coit Tower. Nie przeliczyłem na mapie rozmiarów San Francisco (miasto jest małe) i mocno przejechałem swój przystanek, jednak dość szybko wróciłem w odpowiednie miejsce.
Wszedłem na górę. Fajny widok się otwiera! Na zatokę, na wyspę Alcatraz, na miasto... Super!
Zszedłem na dół, podszedłem do wybrzeża, dowiedziałem się o wycieczki na Alcatraz. Okazało się, że wszystkie są wyprzedane. No i trudno, i tak się wahałem, czy jechać, czy nie.
Zapytałem chłopaka o Golden Gate Bridge, powiedział, że pieszo jest do niego 4,5 mili (czyli ponad 7 km), iść trzeba półtorej godziny. Zapytałem o autobus, ale powiedział, że autobusem też będzie półtorej godziny.
Postanowiłem iść pieszo. Przekąsiłem coś na drogę w Subwayu i poszedłem. Szedłem nie śpiesząc się, zatrzymując się w fajnych miejscach. Na przykład przy brzegu jest zacumowana prawdziwa łódź podwodna, która walczyła podczas II wojny światowej, a teraz jest otwarta jako muzeum. Za 6 dolców wszedłem do niej – bardzo ciekawe. W środku wszystko nienaruszone, prawdziwe.
Po drodze do mostu zobaczyłem prawdziwy hipisowski mikrobus „Volkswagen”, zagadałem do wystającego z niego rastamana w etiopskiej czapce. Powiedział, że sam go pomalował i wszystko w środku zrobił sam, że to jego dom, i oni z dziewczyną jeżdżą po Ameryce, zarabiając na tym, że sprzedają różne drobiazgi, które też robią sami. Fajny gość, tylko brudny, nie ma gdzie się umyć w „Volkswagenie” :).
Idę, a naprzeciwko wieje dziki, zimny wiatr. Znowu owinąłem się kocem, to trochę pomogło. Zanim dotarłem do mostu, bardzo zmarzłem. Ale dotarłem!
Zrobiłem mu zdjęcia, prawda, była silna mgła, więc zdjęcia wyszły nie za bardzo. Wszedłem na górę, przeszedłem się po nim trochę w tę i z powrotem. Grandiozna rzecz, oczywiście! Chociaż żadne to złote wrota, to po prostu czerwone wrota :).
Dość mocno się zmęczyłem, wsiadłem w autobus, pojechałem do centrum, wysiadłem trochę wcześniej, w Chinatown. Zrobiłem małe zapasy owoców na drogę. Wszedłem do chińskiej restauracji, postanowiłem zamówić Noodle Soup, żeby spróbować i się rozgrzać, w końcu to zupa. W efekcie za 5 $ przynieśli mi tak ogromny talerz, że ledwo zjadłem trochę więcej niż połowę! I to nie była zupa w naszym rozumieniu, a makaron, mięso, warzywa, hojna porcja wszystkiego, trochę polana bulionem. No dają ci Chińczycy!
Postanowiłem wejść do Starbucksa, żeby wypić kawę, napisać dziennik i skrócić czas do autobusu, ale okazał się... zamknięty! No Ameryka... żeby kawiarnia zamykała się o 6 wieczorem, i to w turystycznym mieście, w samym centrum!
W efekcie zrobiłem to, co chciałem, w Makdaku.
Oto piszę ten dziennik. Za dwie godziny wyjeżdżam z San Francisco, żeby z powrotem przeciąć kontynent amerykański, od Oceanu Spokojnego do Atlantyku.
Jadę przez południe, przez Teksas, z wypadami do Dallas i Memphis. Za 4 doby powinienem być w Nowym Jorku. Mam nadzieję, że droga minie normalnie.
RUSZAM!!!
19.08.2009
Jadę, jadę, jadę... świetnie spałem, dwugodzinna przesiadka w Los Angeles minęła bardzo szybko, znowu spałem do 11:30, potem przekąsiłem w Makdaku i znowu spałem do 15:30. Tak więc teraz jest już prawie 17, siedzę na stacji w Phoenix, a podróży jeszcze nie poczułem :).
Jedziemy niedaleko granicy z Meksykiem, a na przystanku o 11:30 do autobusu wszedł celnik (no czy kto on tam jest) i sprawdzał dokumenty wszystkich nie-obywateli USA. Widziałem przez okno, jak kilku Meksykanów, w tym dziewczyna, stało z rękami w kajdankach za plecami – widocznie złapali nielegalnych.
Tu jest bardzo gorąco, wychodzisz z autobusu – i upał prosto bije w twarz.
Przejeżdżaliśmy przez pustynię z czysto typowym krajobrazem południa Ameryki: piasek, kolce, potężne kaktusy: chude, ale bardzo wysokie.
Wszystko super! :) Jutro będę kilka godzin w Dallas, potem nocny przejazd do Memphis, dzień tam, i potem doba już do Nowego Jorku. W NY szybko przenocuję, zrobię pranie i pobiegnę na autobus do Bostonu. Oto taki ze mnie gastroler :).
20.08.2009
W dzień dosiadła się do mnie kobieta, => jechałem już nie sam na dwóch siedzeniach, więc w dzień za bardzo nie udało się pospać. No, nic – patrzyłem w okno. Jechaliśmy cały dzień przez Teksas, to największy pod względem powierzchni stan USA. Znowu do autobusu wszedł celnik, znowu sprawdzili mój paszport.
Największy prikol autobusów Greyhounda jest w tym, że tutaj jedzie cała Ameryka. Biali, czarni, młodzi, starzy. Gdziekolwiek byś nie poszedł w Ameryce, zobaczysz tylko jakąś warstwę populacji – tutaj w większości biali, tu czarni, tu Meksykanie. I wszyscy oni są przywiązani do jednego miejsca, żyją w jednym mieście. Tutaj zaś – cała Ameryka. W jednym autobusie można zobaczyć pejsatego Żyda i amisza w niebieskiej koszuli, czarnego spawacza i młodego białego w kowbojskich butach. Oni jadą, ktoś przeklina, ktoś się śmieje, oni jedzą, krzyczą dzieci, ktoś za głośno słucha muzyki, ktoś ma śmierdzące skarpetki, a ktoś w ogóle jest z psem. To jak na targu – przekrój życia.
I to jest ciekawe.
O 18:20 przyjechałem do Dallas. Kupiłem magnes (swoją drogą w nocy podczas przesiadki kupiłem jeszcze magnes El Paso – miasto na samej granicy z Meksykiem) i poszedłem do miasta.
Dallas - typowe amerykańskie miasto, nudne, ciche, nieciekawe. Ale podobała mi się jego zadbaność, jego „południowość”, duża liczba pickupów na ulicach. Poszedłem w miejsce, gdzie zabili Kennedy'ego, przeszedłem się po centralnych ulicach, zjadłem teksańskie danie Quesadillas – zapłaciłem niemało za małą porcję, ale z jakiegoś powodu dawno chciałem spróbować właśnie teksańskiego dania. Pyszne!
Przeszedłem się jeszcze trochę po ulicach i poszedłem na stację.
Jutro – Memphis, ostatni punkt na mapie mojego backpack-tripu.
Dzisiaj pomyślałem, że długość mojej podróży (2 tygodnie) wychodzi idealna: nie za krótka, ale i nie za długa, żeby od ilości informacji przytępiła się ciekawość.
Tak to!




