- Lato 2010. Kreta. Mówiąc po angielsku, czułam się, jakbym władała magią. Rozumiałam ludzi, a oni rozumieli mnie.
Filip. Rozmawialiśmy po kilka godzin dziennie. Belg, znał 4 języki. I dałam sobie obietnicę, że nauczę się francuskiego. I podszlifuję angielski.
Holendrzy, Włosi, Szwajcarzy, Grecy, Belgowie... za każdym z tych ludzi stał cały kraj ze swoimi tradycjami i zasadami. Postanowiłam, że muszę odwiedzić każde z tych miejsc.
-
Pokłóciłam się z najlepszą przyjaciółką. I nie rozmawiałyśmy przez kilka miesięcy. Zyskałam mnóstwo wolnego czasu, który wcześniej spędzałam z nią.
-
Alpinizm. Wyruszając w październiku 2010 roku z alpinistami na Kusz-kaja na Krymie, nawet nie podejrzewałam, kogo tam spotkam. Pojechałam sama, znając tylko trenera (trochę) i jeszcze parę osób (bardzo powierzchownie z zeszłego roku, kiedy jechaliśmy razem właśnie z tą przyjaciółką). Bałam się dokładnie do momentu, aż poznałam tych niesamowitych ludzi w każdym wieku. Już tam dołączyli do nas idealny mężczyzna-jogin, który mieszkał miesiącami i latami we wszystkich zakątkach globu, oraz wesoła grupa znajomych, z których jeden, moim zdaniem, wiedział wszystko na świecie. Zapaleni podróżnicy, poszukiwacze przygód, gawędziarze. Od pierwszego wieczoru rozmów z nimi zrozumiałam, że od teraz moim najgorętszym marzeniem jest podróżowanie po świecie. I znajomość języków. Ponieważ znajomość obcego języka to magia. Powtarzam się?:)
-
Pojawił się pomysł, żeby wyjechać na rok na studia za granicę, w związku z czym poszłam na targi edukacji międzynarodowej w Radissonie. Obeszłam mnóstwo stoisk i zupełnie przypadkiem natknęłam się na organizację Startravel. Zaproponowali, żebym przyszła na ich spotkanie i dowiedziała się o programie Work and Travel. Zabierając ze sobą przyjaciółkę, poszłam.
Pomysł mnie porwał, a od zdjęć i obrazków po prostu kręciło mi się w głowie! Tak! Od tego można zacząć! Mama zareagowała niezwykle pozytywnie - tylko pogoniła mnie, żebym poszperała w necie, popytała znajomych. Okazało się, że z mojego rodzinnego MIET do Ameryki jeździła masa ludzi! W tym mój własny przyjaciel! Prawda, przyjaciel po tym przysiągł, że noga jego tam więcej nie postanie. Sam sobie winien. Pojechał przez Aloha.
Byłam u nich w biurze, po czym twardo postanowiłam, że są idealni. Prawda, potem jednak poszukałam info. Najłagodniejszym określeniem tej wspaniałej organizacji było "Aloha dla frajerów".
Natknęłam się na IEC. Od tamtej pory decyzja stała się nieodwołalna. Nawet kiedy rodzice mojej przyjaciółki Nadii kategorycznie odrzucili pomysł ich córki. Początkowo też chciałam zrezygnować, jednak moja własna mama z takim uczuciem przyznała, jak bezgranicznie zazdrości mi tej możliwości, że się zdecydowałam.
Pojechałam, wypełniłam ankietę.
Nadia też w porę zrozumiała, że nie przeżyje moich opowieści po podróży i wciągnęła się w pomysł samodzielnego zarobienia pieniędzy.
Tak obie wylądowałyśmy jako kelnerki w Yakitorii. Prawda, wytrzymałyśmy tam krótko, ale wystarczająco, żeby opłacić 1. ratę.
Do stycznia-lutego jej rodzice pogodzili się z faktem, że lecimy. We dwie. Do Ameryki!

