Pewnego dnia pod koniec września, na kilka dni przed wyjazdem, Kirya kończył pracę w Root Beere, a ja wybrałam się na plażę pojeździć na skim-boardzie. Dzień przechodził w spokojny, ciepły wieczór z kremowym niebem, chłodnym, jedwabistym piaskiem i łagodnie pluszczącymi falami. Ludzie filozoficznie przechadzali się wzdłuż brzegu, młode i stare zakochane pary spacerowały trzymając się za ręce, wysportowana młodzież grała w jakąś grę z piłką, a maluchy grzebały w piasku w poszukiwaniu cudownych muszelek. Ale wśród tego wszystkiego było coś niezwykłego i nie od razu zauważyłam co. Na drewnianym stole niedaleko wody siedział facet w szortach, luźnej koszuli i wielkich rudych butach. Mistrzowsko grał na gitarze i równie świetnie śpiewał. Jego muzyka była tak pełna duszy i tak pasowała do tego miejsca i czasu, że początkowo nawet go nie zauważyłam, myśląc, że to gra wewnątrz mnie, bo odzwierciedlała wszystko! Była w niej ta plaża, to przepiękne niebo, to dobre i ukochane miasto. Jego piosenki niezauważalnie zmieniały się jedna po drugiej, a każda była pełna spokojnego smutku. Teraz rozumiem, że grał najpiękniejszą ścieżkę dźwiękową do naszego 4-miesięcznego amerykańskiego filmu, a wtedy, gdy zagrał ostatnią piosenkę i zaczął się zbierać, ocknęłam się, siedząc na swojej desce, z wyschniętymi śladami na policzkach. Kiedy odszedł, posiedziałam jeszcze chwilę, rozmyślając pod już rozgwieżdżonym niebem, wyjęłam dwie małe przezroczyste buteleczki (jedną dla Sashki) i napełniłam je wszystkim, co było pod ręką: piaskiem, muszelkami i oczywiście oceanem :) Potem jeszcze trochę pojeździłam i cała mokra wróciłam do domu.




