Do Nowego Jorku przylecieliśmy 12 września o 6 rano... śpiący i źli po długim locie... albo może to tak zaczęła na nas działać atmosfera tego miasta, bo ludzie tam wcale nie są tak mili i uprzejmi jak w Cody. Mieliśmy spędzić w Nowym Jorku 2 dni, bo bilet mieliśmy na 14 września. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że 2 dni to strasznie krótki czas dla tak wielkiego miasta... zwłaszcza dla tych, którzy w ogóle nie znają miasta... a zwłaszcza dla dziewczyn. Planów miałam mnóstwo... wcześniej wypisałam adresy miejsc, parków, sklepów, które koniecznie musimy odwiedzić. Co więcej, nie przeszkadzał mi fakt, że wszystkie są bardzo daleko od siebie... nic nie szkodzi, w Cody przecież ciągle chodziliśmy pieszo, to i tutaj pochodzimy! (jakoś nie wzięłam pod uwagę różnicy w rozmiarach tych dwóch miast). Pierwszym punktem dla nas było pozbycie się bagażu, czyli zostawienie go w bezpiecznym miejscu. Nie miałyśmy pojęcia, gdzie się zatrzymać w Nowym Jorku i bałyśmy się przyznać sobie nawzajem, że jedynym niedrogim hotelem na Manhattanie był ten, w którym spędziłyśmy noc, kiedy dopiero przyjechałyśmy do Nowego Jorku... jakoś nie bardzo chciałyśmy tam wracać, ale wyboru w zasadzie nie miałyśmy. Bagaż postanowiłyśmy zostawić w przechowalni na lotnisku. Potem musiałyśmy jakoś dostać się na Górny Manhattan, gdzie znajdował się ten hotel... uznałyśmy, że będzie spokojniej od razu zarezerwować pokój... chociaż wątpię, żeby mieli tam wielu gości, ale mimo wszystko... Po zapytaniu policjanta na ulicy, jak będzie nam najłatwiej i najtaniej dostać się na Manhattan, powiedział, że najpierw musimy wsiąść w tak zwany AirTrain i dojechać nim do Jamaica Station. Tam musiałyśmy już zejść na dół i wsiąść do metra. W zasadzie to wszystko nie jest takie trudne, ale dla osoby, która nigdy nie była w Nowym Jorku i nawet nie miała pojęcia, jak tam wszystko jest zorganizowane, było to po prostu nierealnie trudne. AirTrain, który wozi ludzi wewnątrz lotniska, jest bezpłatny (można jeździć do woli). Ale żeby wsiąść do metra, trzeba kupić specjalną kartę „Metro card”, która jest sprzedawana prawie we wszystkich sklepach w mieście... no, my kupiłyśmy ją w metrze. Warto też od razu kupić mapę metra, bo bardzo łatwo się tam pogubić. Osobiście przez dwa dni nie zrozumiałyśmy, jak działa to metro... ratowało nas tylko to, że w porę pytałyśmy ludzi, czy w ogóle jedziemy w dobrą stronę) W każdym razie, po dotarciu na Manhattan i wyjściu na świeże powietrze z tego strasznego metra, zaczęłyśmy przypominać sobie, gdzie znajduje się ten „cudowny” hotel. Jedyne, co pamiętałyśmy, to to, że znajdował się gdzieś niedaleko Port Authority. Po błądzeniu w tę i z powrotem, znalazłyśmy ten hotel, zapłaciłyśmy im 60 dolców, dostałyśmy klucze do upragnionego pokoju i poszłyśmy go obejrzeć. Ten pokój okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego!) Zostawiwszy niektóre rzeczy, ruszyłyśmy zwiedzać Nowy Jork. Koniecznie kupcie porządną dużą mapę miasta, na pewno wam się przyda. W ogóle, jeśli dobrze się rozeznać, to wszystko jest tam bardzo prosto zorganizowane. Ulice biegną z zachodu na wschód, a aleje z południa na północ. W każdym razie, jeśli idziecie prosto tą samą ulicą, będziecie przecinać różne aleje i odwrotnie, jeśli będziecie iść prosto aleją, będziecie przechodzić przez ulice. Nie wiem jak innym, ale mi najbardziej podobało się chodzenie po 42. i 34. ulicy, właśnie na nich znajduje się najwięcej fajnych sklepów, metra itp. No i oczywiście Broadway... to coś niesamowitego! Prawda, że biegnie jakoś na skos i łatwo z niego przypadkiem skręcić w inną aleję. W każdym razie przez te 2 dni nie tylko chodziłyśmy, my biegałyśmy po Nowym Jorku... pod koniec dnia ledwo mogłyśmy ruszać nogami, bo byłyśmy całe w odciskach. Okresowo po prostu gubiłyśmy się i same nie wiedziałyśmy, dokąd idziemy. Nie miałyśmy czasu nawet normalnie zjeść, bo nie chciałam tracić czasu na takie „drobiazgi”) W każdym razie, jeśli chcecie dobrze spędzić czas w Nowym Jorku, a nie tylko przebiec przez niego – to zostańcie tam przynajmniej na 3 dni!) To moja rada dla was!




