Naprawdę nie chciałam wyjeżdżać z Key West, ale wszystko co dobre, kiedyś się kończy.. Czekało nas 34 godziny w autobusie, żeby dotrzeć do St. Louis. Szczerze mówiąc, nie planowałam odwiedzać tego miasta, ale przejechanie całej Ameryki ze wschodu na zachód bez przystanków byłoby po prostu niemożliwe.
Przyjechaliśmy wcześnie rano i pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, był bieg do toalety, żeby się umyć.. Chociaż „umyć się” to za dużo powiedziane! Jeśli uda się umyć zęby i głowę – to już szczęście. Tak, tak, nikt się nie przesłyszał, powiedziałam umyć głowę.. Mycie głowy w umywalce, a potem suszenie pod suszarką do rąk – to nie jest najprzyjemniejsze zajęcie, ale po prostu nie mieliśmy wyboru. W sumie to tylko drobne niedogodności.
Miasto nie bardzo nam się spodobało, dotarliśmy do głównej atrakcji – Gateway Arch – to ogromny łuk nad brzegiem Missisipi, który symbolizuje bramę na Zachód. Pospacerowaliśmy trochę po parkach, zrobiliśmy zdjęcia słynnej Route 66 i znów wsiedliśmy do autobusu. W ten sposób w St. Louis spędziliśmy nie więcej niż 6-7 godzin.



