Następnego ranka planowaliśmy wybrać się do Parku Narodowego Everglades i na Key West. Jednak obudziliśmy się za późno, więc pierwszy punkt programu wypadł. Zatem ruszamy w stronę najbardziej wysuniętego na południe punktu USA!!!! Straszono nas, że na Florydzie jest bardzo gorąco – kiedy tam byliśmy, nie było wcale cieplej niż w Karolinie Południowej. A był to najgorętszy miesiąc, sierpień. Może miało to związek z huraganem Bill, który szalał gdzieś na Karaibach i zmieniał prądy powietrzne, nie wiem, ale pogoda była w sam raz.))
Droga prowadzi przez łańcuch wysp Florida Keys. Są one połączone mostami o długości kilku kilometrów. Właśnie tutaj pojawiają się palmy (choć wciąż w niewystarczającej ilości, zawsze chce się więcej). Jedziemy, nie zatrzymujemy się, myślimy, że na końcu się wykąpiemy. Figa z makiem!!!
Jeśli będziecie jechać, zatrzymajcie się w połowie drogi (na przykład w Islamorada) – pływajcie, opalajcie się i cieszcie życiem, bo samo miasto Key West to miasto bez porządnej plaży!!! Dokładniej mówiąc, plaża tam jest, ale po drodze są lepsze!!! A na tej plaży nie ma nawet widoku na zachód słońca! AAAAA!!!!!!!
Key West okazuje się prawdziwym pirackim miastem – mnóstwo podpitych facetów szwenda się po mieście i nie wiadomo, kto jest miejscowy, a kto przyjechał poczuć klimat)) Plaża jest tylko na południu miasta – urocza, wieczorem zupełnie pusta. Do miasta dotarliśmy około 18:00. Bezskutecznie szukaliśmy miejsca na zachód słońca. 19:30. Już się ściemniło. Wykąpaliśmy się na tamtejszej plaży. Bum!!! Zaczęło lać jak z cebra!! Wziuuum!!! Duduuuf!! Zdążyliśmy złapać rzeczy. Do samochodów!!!
Z powrotem jechaliśmy z wycieraczkami na maksimum, chwiejąc się na drodze jak szaleni. Tak, tutaj wszystko jest takie. Jak gorąco, to gorąco, jak sól, to sól, jak woda, to woda, a benzyna jest droga))





