Dotarliśmy do Ashland w Wirginii, do Super 8 Motel. Gorąco. Wzięliśmy pokój przy basenie na noc, płacąc 49$ za trzy osoby. Jest 10 rano. W zasadzie powinniśmy się położyć spać, bo przez ostatnie dni mało spaliśmy i całą noc nie spaliśmy, mimo że w autobusie było wygodnie. Ale... zobaczyliśmy, że w naszym pokoju jest Wi-Fi ))))) senność jak ręką odjął) Gosza poszedł spać, a my po kąpieli zaczęliśmy z niego korzystać. Wieczorem poszliśmy szukać pracy i pospacerować po Ashland.
Co tu dużo mówić, wioska. Jak w horrorach. Halo, ludzie, gdzie jesteście???? Nikogo na ulicach. Dobrze, że chociaż świeciło słońce, a nie padał deszcz z mgłą =) Inaczej byłoby jak w filmie „1001 maniaków” – czyli „zajechaliśmy nie do tej wioski”. Zjedliśmy po kukurydzy, poszliśmy szukać Rosjan i pracy. Niezbyt skutecznie. Kupiliśmy jedzenie na wieczór w Walmarcie, bardzo tanio w porównaniu z Nowym Jorkiem. Super. Kupiliśmy wodę, mleko, ser w plastrach i płatki. Wszystko wyszło za 8$. Mleko i ser smakują tak sobie, ale jak nie ma co jeść, to ujdzie. Płatki są w porządku. Na sucho – nawet świetne. 4 litry wody kupiliśmy za 70 centów, szok! W NY kupowaliśmy 0,5 litra za 1$. Taaak, w NY wszystko jest bardzo drogie, nawet jedzenie różni się w porównaniu z wioskami. Zaskoczyło mnie to. Po jedzeniu Ania i Gosza padli. Ja jeszcze trochę posiedziałam w internecie i też padłam. Jutro trzeba będzie zdecydować, co robić dalej i dokąd jechać... Zostawanie tutaj nie wchodzi w grę...


