Nie miałam pieniędzy na wyjazd. A podejść do taty i poprosić o 2 tysiące "zielonych" to chyba straszniejsze niż przejście rozmowy w ambasadzie.
Cały czas nie mogłam się zdecydować, ale też nie mogłam już wytrzymać, bo liczne fora jeszcze bardziej rozbudziły moje pragnienie.
Odczekawszy, aż tata będzie miał dobry humor, zaczęłam mówić o pracy w Ameryce. Swobodnie i żartobliwym tonem, żeby tylko go nie spłoszyć. (Czujesz się jak myśliwy na afrykańskiej sawannie, gdzie jeden błędny "krok", zbędny szelest, i zdobycz ucieknie!)))) Takimi rozmowami doprowadziłam go do laptopa na stronę iec.by i dałam tacie czas na przetrawienie informacji. (W tym celu zaprosiłam nawet koleżankę w gości: no jak tata odmówi sprawdzenia, o co prosi córka, kiedy obok jest jej koleżanka... głupio tak)
Argumentów nazbierało mi się sporo:
- To oficjalny program.
- To sposób na poczucie samodzielności.
- To praktyka języka.
- To okazja do podróżowania.
- Mogę dzwonić do domu przez Skype choćby codziennie.
- Program się zwraca.
- Będę miała ubezpieczenie
i jeszcze mnóstwo namawiania, rozmów, powodów, a także oczy jak kot ze Shreka!)))
Ostatnią rzeczą, która wpłynęła na tatę, był fakt, że zamierzam jechać sama, bez koleżanek czy towarzystwa. Od razu zrozumiał powagę moich zamiarów.
2 tygodnie było czekanie, kolejne 2 tygodnie on myślał nad umową. A ja nie mogłam powiedzieć ani słowa, bo każda wzmianka o Ameryce wywoływała irytację.
I w końcu się doczekałam! Kiedy pierwsza rata została opłacona, a umowa podpisana, można było do woli się cieszyć, nie hamować emocji! A tata chyba dopiero teraz zrozumiał, że mój atak psychologiczny całkowicie go rozbroił, a do tego jeszcze "wpadł w koszty"!

