Wprowadziłam się do „naszego akademika”, jak go czule nazywaliśmy w tamtym okresie, kiedy prawie nikt nie miał pracy, a dlatego dużo się bawiliśmy i mało myśleliśmy o przyszłości =)
8 lipca.
Dzisiaj na przykład poszliśmy na wycieczkę. Nie wiadomo dokąd. (chociaż nie, chyba mowa była o wodospadach). Prawie wieczorem. Kiedy tam przyjechaliśmy, okazało się, że ostatni autobus odjeżdża za jakieś 4 godziny... a nam jeszcze iść pod górę prawie przez dżunglę... Ale nikt się nie zmartwił i poszliśmy.
Zaczynało się wszystko wspaniale. Weszliśmy na górę, znaleźliśmy tam jagody, które smakowały jak truskawki, ale rosły na krzakach... i objadaliśmy się nimi. Kiedy szliśmy, trafiały się ciągle i nie dało się zatrzymać =). Jak tylko wdrapaliśmy się na sam szczyt góry i weszliśmy w strefę terenów łowieckich (to wtedy, gdy co 100 metrów napisane jest Dangerous), zrozumieliśmy, że trochę zabłądziliśmy... Zmierzchało... Zachód słońca w górach był oczywiście piękny, ale zgubiliśmy dwóch chłopaków, a jeszcze dwóch poszło ich szukać... Nas (dziewczyny), ku naszemu oburzeniu, oddali jakiemuś myśliwemu, który wyprowadził nas z lasu... Do domu wróciliśmy sami...
Chłopaki, jak się później okazało, też przeżyli.
12 lipca.
Taki pozytywny wynik najwyraźniej nikogo nie zadowolił i ruszyliśmy na spotkanie nowym przygodom =). Tym razem inicjatorem był Nikita, który zadzwonił do nas rano... i wszyscy ruszyli na kolejny wodospad.
Zajechaliśmy do Taco Bell (zaczynam przyzwyczajać się do meksykańskiego jedzenia)))... a potem na bardzo piękny punkt widokowy, gdzie próbowaliśmy zrobić choć jedno zdjęcie bez włosów w ustach... co nie udało się z powodu silnego wiatru ))))
Jechaliśmy jeszcze dość długo, zanim zaczęła się kilkugodzinna przechadzka po dżungli z elementami przedzierania się przez rzeczki ))
Szliśmy z półtorej godziny... Doszliśmy.. wysokość „wodospadu” - metry 4, nic nadprzyrodzonego. Ale za to jest tam skała, z której niby można skakać. Najpierw skakali z niewysokiej - trzymetrowej. Było nawet wesoło. Potem chłopaków poniosło na dziesięciometrowy śliski występ. Skakać bardzo niewygodnie - nie ma od czego się odbić, nie widzisz, gdzie spadasz. Ludzie na dole klaszczą i pokrzykują - nikt oprócz Rosjan nie odważył się. Za chłopakami na górę poniosło Katię. Nie wiadomo zupełnie po co, ale ona u nas jest ratowniczką, dobrze pływa. Skoczyła i tym, którzy byli na dole, ścisnęło się w gardle... bardzo źle (plecami) weszła do wody... wypływa - twarz blada, oczy wywrócone. Wyciągnęliśmy ją na brzeg - nie może iść. A my w środku dżungli. Dzwonimy pod 911, nam odpowiadają, oczywiście zaraz przyjedziemy. Dobrze, że zapytaliśmy, ile będzie kosztował helikopter (inaczej tam nijak) - odpowiadają - 3000 dolarów. Chłopaki nieśli ją na plecach na zmianę.
Katka jęczy, szarpią ją ciągle. Położyli na nosze (z ręczników) - donieśli. Lokalsi pomogli - pokazali szybką trasę, w efekcie załadowaliśmy ją do ciężarówki i dowieźliśmy do naszego samochodu.
Scena w szpitalu. Przywożą Katię (bez dokumentów, bo my z Ulianą ich nie znalazłyśmy). Trzymają tam całą dobę. Okazuje się, że ma przesunięcie kręgów. Zabraniają jej wysiłku fizycznego, wyznaczają kurs leczenia i wypuszczają do domu... Wraca Katka z rachunkiem na 4000 dolców (ja tak i nie zrozumiałam, co jej tam takiego nadprzyrodzonego oprócz kroplówki i rentgena zrobili za takie pieniądze). Oczywiście jej imię i nazwisko było zapisane z 5 błędami, a więc płacić ona nic nie będzie. Przez dwa tygodnie robiliśmy jej masaż na zmianę w warunkach domowych, teraz biega jak wcześniej.
Sacred falls.
Tym razem poszliśmy na „śmiertelne” wodospady. Wszystko zaczęło się od tego, że strasznie chciało mi się gdzieś wyrwać z Waikiki, a Jurka zaproponował pojechać z Markiem na wodospad. (trzeba dodać, że z nami chciał Denis, który dopiero niedawno się wprowadził i wcześniej mieszkał na plaży w namiocie)... ale on nie wytrzymał i poszedł sam tej samej nocy, a potem przez 2 doby go nie widzieliśmy z powodu tego, że zgubił się w górach. Marek, nawiasem mówiąc, zwiedził całą wyspę i byłby idealnym człowiekiem na wycieczki, gdyby nie miał osobliwości jeść w supermarketach... zjadł sushi i go złapali, przez to spóźniliśmy się gdzieś o godzinę.... wcześniej spóźniliśmy się jeszcze o kilka godzin też z dziwnych powodów, których teraz już nie pamiętam...
Główną osobliwością Sacred falls jest to, że wodospad znajduje się w wąwozie, z którego sypią się kamienie.... i kilka lat temu park zamknięto z powodu tego, że tymi kamieniami przygniotło kilkadziesiąt osób. Ale my i tak poszliśmy. Żadne kamienie nie spadały, wodospad okazał się duży i piękny =) Nie licząc tabliczek NIE chodzić co 100 metrów i niewielkich kompozycji owocowych, podobnych do ofiar, które widzieliśmy parę razy, wszystko było po prostu zdumiewająco)))