Po dwóch tygodniach życia w Sunny Isles zadzwonił George z dobrymi wieściami: „Mój syn wyjechał do Hondurasu, możemy zaczynać pracę”. Obiecał 8 dolarów za godzinę. Do tego czasu kończył mi się makaron, więc propozycja hiszpańsko-japońskiego znajomego była jak znalazł.
George pracował w firmie budowlanej u bogatej kobiety. Moje obowiązki polegały na różnego rodzaju pomocy, od podawania narzędzi po naprawę drzwi. Raz musiałem nawet polować na węża przy basenie) Oprócz mnie w firmie z George'em pracowała jego była żona z córką.
Pewnego razu podczas obiadu jego żona zapytała: „Tom, you wanna soup?” Co, zupa? Tutaj, w Ameryce? Serio??? „Sure, I really wanna it!” – odpowiedziałem. Jakie było moje rozczarowanie, gdy zamiast zupy dostałem zupkę chińską z torebki. Aha, więc to nazywacie zupą))
Niestety lub stety, u George'a udało mi się przepracować tylko tydzień. W dzień wolny zadzwonił i zaproponował malowanie płotów w upale za 5 dolarów za godzinę, na co oczywiście odmówiłem. Widocznie mu się to nie spodobało i od tamtej pory nasze drogi się rozeszły. Mimo wszystko dostałem pieniądze za tydzień pracy, co pozwoliło mi opłacić czynsz za pokój w hotelu na kolejny miesiąc. Żyjemy=)