Powiedz cześć!
Nigdy wcześniej nie byłam tak daleko od domu. Dlatego ogarniały mnie jednocześnie radość i lekkie przerażenie. Wiedziałam, że kiedyś na pewno trafię do Stanów Zjednoczonych, ale nie sądziłam, że stanie się to tak szybko. Wydawało się, że jeszcze niedawno z kumplami zbieraliśmy ogromną stertę dokumentów, przechodziliśmy rozmowę w ambasadzie w Krakowie i kupowaliśmy bilety na samolot. A teraz już spaceruję po plaży w Atlantic City, próbując odwrócić myśli od niezbyt udanych poszukiwań pracy. Ale po kolei.
O programie Work&Travel USA słyszałam już dawno, ale na poważnie zaczęłam o tym myśleć dopiero jesienią zeszłego roku, kiedy koledzy zaproponowali, żeby złożyć zgłoszenie razem z nimi. Jeśli wy, podobnie jak my, zechcecie pojechać do USA w ramach Work&Travel, radzę zaopatrzyć się w niemałe środki finansowe, które, jak pokazuje praktyka, w większości przypadków się zwracają, i co najważniejsze — stalowe nerwy! Wiem, że z boku wygląda to prosto: dokumenty, opłaty, rozmowa, wymarzona wiza – i siedzisz w samolocie w drodze do Nowego Jorku. W rzeczywistości jednak znalezienie job offer, przygotowanie do interview, męczące oczekiwanie na odpowiedź od sponsora – to wszystko wcale nie jest proste. W każdym razie zrobiliśmy to i teraz jesteśmy po drugiej stronie oceanu. Ruszamy!
Nowy Jork
Dzień #1
Nasz samolot wylądował na lotnisku im. Johna F. Kennedy'ego o 21:00. Zmęczeni po locie, ruszyliśmy szukać sposobu dotarcia do centrum miasta. Prosto z JFK wsiedliśmy do AirTrain, którego bilet kosztuje 5$. Zanim jednak dowiózł pasażerów na najbliższą stację metra, AirTrain objechał nas po wszystkich terminalach lotniska. Przejazd metrem kosztował nas 2,50, i w ten sposób dotarliśmy do stacji Queens Plaza. A propos, w metrze kupiliśmy specjalny wielorazowy bilet na wszystkie rodzaje transportu, na który doładowuje się określoną kwotę na przejazdy. Jeśli zamierzacie zostać w NY na kilka dni, radzę doładować więcej niż 5$, by potem nie tracić czasu w kolejkach.
Najgorszym błędem było pojechanie do Nowego Jorku, nie rezerwując wcześniej noclegu i licząc na to, że coś znajdziemy po przylocie. To wcale do mnie nie pasuje, bo zwykle planuję wszystko na tip-top zawczasu. Tym razem jednak liczyłam, że jakoś się ułoży. W efekcie szukaliśmy hotelu przez jakieś 2–3 godziny, bo o 23:00 w hotelach już nie było wolnych pokoi. I kiedy w końcu znaleźliśmy wolny pokój, napotkaliśmy nowy problem: na recepcji poproszono nas o ID (paszport lub inny dokument potwierdzający, że ktoś z nas ma 21 lat). Jak można się domyślić, nikomu z nas jeszcze nie stuknęło dwadzieścia jeden. Na zewnątrz lał zimny deszcz, nie mieliśmy nawet możliwości się przebrac, a ogromne walizki utrudniały poszukiwania hotelu. W skrócie — w końcu miła recepcjonistka zlitowała się i pozwoliła nam przenocować.
I tak, nie uwierzycie, ale największym wyzwaniem dnia okazała się próba wzięcia prysznica. Pokój wcale nie był tani, a prysznic był najdziwniejszy, jaki kiedykolwiek widziałam, bo tak i nie potrafiliśmy zrozumieć, jak to działa. Albo czegoś nie zrozumieliśmy, nie wiem nawet.
Dzień #2
Śniadanie w hotelu okazało się bardzo smaczne. Było tam wszystko, co lubię: jogurty, owoce, omlet, płatki z mlekiem i różne napoje. Ale na drugą noc musieliśmy znaleźć tańszy nocleg, gdzie nie wymagano ID. Tym razem, za wskazówką znajomego chłopaka, ruszyliśmy szukać motelu niedaleko Brighton Beach. Na marginesie: czasem lepiej wziąć taksówkę, niż targać ogromne walizki w trzydziestostopniowym upale. Chyba że ktoś, tak jak my, nie szuka łatwych rozwiązań.
Na szczęście bez problemu znaleźliśmy wspomniany motel, który, nota bene, też nie okazał się tani, i zameldowaliśmy się w nim, więc od razu rzuciliśmy rzeczy i ruszyliśmy na Times Square.
Nie mogę powiedzieć, że zostało mi wiele wspomnień z samego miasta, bo spędziliśmy tam bardzo mało czasu. Spacerowaliśmy po Times Square, po ulicach Brooklynu, zobaczyliśmy słynny Empire State Building, wypiliśmy mnóstwo Iced Coffee w nie mniej znanym Starbucks. I tak, w Nowym Jorku rzeczywiście czujesz się bardzo mały, bo wokół jest wiele ogromnych budynków, mnóstwo ludzi, taksówek i hałasu. Jest w tym coś swojego, niepowtarzalnego. Ale o Nowym Jorku później.
Instagram: 1. Widok z okna samolotu, gdzieś nad Skandynawią. 2. Times Square. 3. Przytulne uliczki Brooklynu. 4. Sklep-muzeum m&m's.
Na marginesie:
-
Mieszkanie, pokój w hotelu, motelu lub hostelu lepiej zarezerwować z wyprzedzeniem (Booking.com, airbnb.com).
-
Targać ze sobą ogromną walizkę — to całkiem w porządku, jeśli planujecie dostać się na miejsce taksówką. W metrze lub innym transporcie publicznym poruszanie się z walizkami jest niezwykle trudne.
-
Nie warto zabierać do USA swoich ulubionych lokówek, suszarek itp. — urządzenia działają tu na 110V. Suszarkę można kupić na miejscu, a do ładowania laptopów, telefonów i aparatów fotograficznych trzeba będzie kupić adapter.
-
Nie zatrzymujcie się w Nowym Jorku zbyt długo, jeśli będziecie mieli możliwość zobaczyć miasto później. Za półtora dnia pobytu wydaliśmy tyle samo pieniędzy, ile wydaliśmy przez półtora tygodnia pobytu w Atlantic City. Gdybyśmy zrozumieli to wcześniej, od razu udalibyśmy się do miejsca docelowego.
Ciąg dalszy nastąpi...
(Śledź aktualizacje w instagramie: vicstepanchuk)
