Przez całe 2 tygodnie mieszkaliśmy w pokoju hotelowym, w którym sami pracowaliśmy... z niecierpliwością czekaliśmy na 21 lipca – dzień naszej przeprowadzki do hotelu „Moose Creek”! Na początku nawet nie wyobrażaliśmy sobie, gdzie dokładnie będziemy tam mieszkać... mogliśmy tylko zgadywać... ale byliśmy pewni, że tam na pewno będzie lepiej! Mieszkaliśmy na samym końcu miasta i nie było tam nawet gdzie pospacerować... A do tego tak marzyliśmy o zjedzeniu normalnego gorącego posiłku, no albo przynajmniej wypiciu gorącej herbaty!!!) I nadszedł ten długo wyczekiwany dzień! Na złość tego dnia musiałam jeszcze pracować w hotelu „Moose Creek” i dostałam mnóstwo pokoi, które sprzątałam do 4 po południu... Potem Viki podwiozła mnie do Grizzly, zabraliśmy Aselyę i bagaże i radośni pojechaliśmy z powrotem... Viki zaprowadziła nas do naszego apartamentu i... ojej, okazało się, że musimy mieszkać w piwnicy... no, nie myślcie, że to była taka prawdziwa piwnica... po prostu nasze mini-mieszkanie znajdowało się tuż pod pokojami klientów. Ale w zasadzie wszystko nam odpowiadało... najważniejsze, że była tam KUCHNIA!!!!! KUCHENKA!!!! i LODÓWKA!!! No i oczywiście mieliśmy prysznic i toaletę (jakżeby bez tego). Byliśmy w siódmym niebie ze szczęścia i mimo zmęczenia i braku jakiegokolwiek jedzenia w żołądku, powlekliśmy się do Walmartu (który teraz znajdował się od nas jeszcze dalej), żeby nakupować tam mnóstwo produktów i w końcu przygotować normalne jedzenie!)
A tak przy okazji, tuż naprzeciwko nas mieszkało 2 chłopaków z Macedonii (Petar i Branko) i jeden Bułgar (Jacob, chociaż tak naprawdę ma na imię Yanko)... a nieco dalej mieszkało jeszcze 2 Bułgarów (Nic i Kris). Właśnie z tymi chłopakami przepracowaliśmy w jednym hotelu resztę lata. Na początku było to dla mnie dziwne, jak chłopaki mogą być housekeepers, ale potem z Aselyą przekonałyśmy się, że chłopaki potrafią sprzątać całkiem nieźle (dziewczyny, warto zapamiętać))





