No i stało się! Punkt zwrotny w całej historii, która w zasadzie jeszcze się nie zaczęła!
Czuję, że mój blog będzie miał najwięcej stron! Bo nie chcę pominąć nawet najmniejszych szczegółów!) Niektóre fotki podkradłam Oli Tuluzowej) Najpierw opowiem o drodze tam.
Wieczór przed wyjazdem. 7 kwietnia.
Wszyscy rodzice, a właściwie oboje, mama i tata, denerwują się! Tylko denerwują się na różne sposoby.
Tata cały wieczór chodzi z miną, na której jest napisane: „Proszę, dobrzy panowie konsulowie, nie dawajcie mojej córce wizy, ja tego nie przeżyję!”
A mama biega jak szalona po mieszkaniu, próbując spakować mi jak najwięcej jedzenia) Jak to, córeczka będzie 2 dni głodna! Ojojoj.
A ja bawiłam się ŚWIETNIE! Po pierwsze, zaczęłam wyobrażać sobie, co będzie z nimi, kiedy polecę do AMERYKI na 3 MIESIĄCE!))))))) A po drugie, reakcja mamy mnie rozbawiła:
mama: Może spakować ci jeszcze trochę kanapek?
Ja: może powinnam wziąć ze sobą koc do autobusu?
mama: AAA!!! MY NAWET NIE MAMY KOCA!!! AAA!!!!!
ahahahaha))))) zabawna, przysięgam!
A ja nawet nie czytałam pytań, bo nie mogłam się zmusić) Jestem leniwa, bardzo leniwa! Za to obejrzałam film „Śniadanie u Tiffany’ego” po angielsku i cichutko poszłam spać!)))))
Rano. 8 kwietnia. Spakowałam się, 20 razy sprawdziłam dokumenty, wzięłam ze sobą parę kanapek zamiast całego worka żarcia (gdyby mama zobaczyła – zabiłaby mnie), kupiłam butelkę wody mineralnej i pojechałam na stację metra „Wostok” przy Bibliotece Narodowej. O 14:45 umówiliśmy się z ludźmi, których poznaliśmy wcześniej, żeby spotkać się i zająć miejsca w autobusie!)
Dzień. 8 kwietnia. Autobusów było dużo. Jakieś 6-7. Duże!! Przed autobusami zobaczyliśmy mnóstwo studentów) Wielu miało ze sobą koce i poduszki) A ja byłam na lekko.
Najpierw trzeba było podejść do organizatora, podać swoje nazwisko, a ona wydawała naklejki z numerami! Dostałam numer 1-214.) Kiedy stałam w kolejce, Walentin, albo Walik, zajął nam wszystkim 9 miejsc w drugim autobusie) I jestem mu wdzięczna, bo w tym autobusie było CIEPŁO, chociaż ludzie z innych autobusów narzekali na zimno i mówili, że owijali nogi kurtkami!)
Ach, tak... Pasy oddaliśmy dziewczynie-organizatorce!)
Kiedy przekroczyliśmy rosyjską granicę, zdziwiła nas DARMOWA TOALETA! Przynajmniej mnie! Dobra, co w tym takiego, no pomyśl, darmowa, ale siedziała tam babcia, która dawała papier toaletowy, było dużo kabin, a nawet mydło!))))))))))))) Szkoda, że była jedyną darmową)
Zatrzymywaliśmy się co 2 godziny, więc nikt nie odczuwał dyskomfortu!)
Serial, który włączyli w autobusie, chyba nikogo nie zainteresował, zwłaszcza mnie) Nie miałam głowy do filmów))))) Przejrzałam pytania, włożyłam je z powrotem do torby i około 12 w nocy zdrzemnęłam się) Zresztą jak wszyscy inni) Nie było żadnego zamieszania, żadnych nerwów)))
Około 4 rano obudziłam się. Byliśmy już w MOSKWIE! Pierwsze wrażenie: „Daj spokój, Liza, jakoś nie różni się zbytnio od Mińska”. I tylko to powiedziałam, wyjechaliśmy do centrum Moskwy i od razu powiedziałam – „Odwołuję swoje słowa!”
))))))))
Podjechaliśmy pod ambasadę, a większość studentów pobiegła zwiedzać nocną Moskwę) Chociaż nie mieliśmy ani paszportów, ani nawet biletów! Nieznane błąkające się obiekty, że tak powiem))))
My z Lizą też poszłyśmy na spacer, rozprostować nogi!) chociaż była 4 rano, ale Moskwa już się budziła) Kioski z pierożkami już przygotowywały się do pracy, jeździła „piekielna” polewaczka, pod którą prawie wpadłyśmy!))))))
Tylko podeszłyśmy z powrotem do ambasady – widzę, że autobusy odjeżdżają! Liza zaczęła machać do kierowcy, on otworzył drzwi i wpuścił nas))) Ci, którzy wrócili później, byli w szoku: autobus zniknął!) W rzeczywistości po prostu odjechaliśmy za budynek ambasady)
Potem poszłyśmy znaleźć nocną kawiarnię, gdzie poprosiłyśmy o skorzystanie z toalety (tak, tutaj za bardzo konkretyzuję, prawda?)))))))) Chociaż już zamykali, miły menedżer nas wpuścił))))) Tylko ochroniarz jakoś dziwnie na nas patrzył)))))
Ciąg dalszy na następnej stronie!)))))



