09.08.2009
O 20:30 wyszedłem z domu. Wsiadłem w 1 train i pojechałem w stronę 34 street, bo chciałem jeszcze przed wyjazdem wjechać na taras widokowy Empire State Building.
A tego dnia Dominikańczycy mieli coś w rodzaju święta swojej republiki, było ich bardzo dużo w mieście, mieli paradę i cały dzień imprezowali. No więc w wagonie była duża grupa dominikańskiej młodzieży, która jak zawsze niesamowicie głośno krzyczała. A z boku siedziało trzech czarnoskórych i cicho byli w szoku przez to wszystko. I wszystko było dobrze, dopóki jeden z czarnoskórych nie powiedział czegoś do tej grupy, a jeden z Dominikańczyków w odpowiedzi wyciągnął nóż. Zaczęła się szamotanina, Dominikańczycy próbowali powstrzymać swojego z nożem, czarnoskórzy też chcieli pójść na ugodę, ale tamten nie spieszył się z ochłonięciem. Nie wiem, jak się skończyło, bo na najbliższym przystanku wysiadłem.
Wjechałem na Empire State Building, na oba tarasy: na 86. piętrze i na 102. Super! Nocny Nowy Jork... Spędziłem tam co najmniej półtorej godziny. Wyszedłem stamtąd – zaczęło kropić. Postanowiłem wstąpić do Maka, przekąsić coś i przeczekać deszcz. Teraz jest 23:50, siedzę w tym Maku. Za godzinę zacznę powoli ruszać w stronę Port Authority.
O 0:40 wyszedłem. Poszedłem do toalety, przypiąłem zakupioną wcześniej sekretną saszetkę na brzuch – zobaczymy, jak wygodnie będzie się z nią chodzić – i poszedłem do kas biletowych. System jest taki: po prostu pokazujesz swój discovery pass i ID, podajesz miejsce docelowe, a gość wydaje bilet.
Na zegarze 1:40, siedzę na stacji Greyhound i piszę dziennik, czekam na swój pierwszy autobus.
U-u-u-u-u-u.... zaczęło się!!!!!




