MOJE LUTOWE URODZINY
Kilka dni później, w moje urodziny, pojechaliśmy z Irą i Machmudem na szczyt Signal Hill. Prowadzi tam piękna asfaltowa droga, aż na sam szczyt.
Zrobiliśmy sobie tam piknik, wygodnie rozsiadając się na trawie. Wziąłem ze sobą ilość jedzenia niemożliwą do zjedzenia w jeden dzień. Zakładałem, że będą jeszcze Stas, Kristina i Kirill. Ale z różnych powodów nie przyszli. Nie dali rady.
Ale nie obraziłem się. Może tylko trochę się zasmuciłem. Ale nic nie szkodzi! We trójkę też dobrze spędziliśmy czas. Było gorąco, +35°C. Po raz pierwszy w życiu obchodziłem urodziny w lecie! W gorący, słoneczny dzień!
Przyszło mnóstwo wiadomości z życzeniami na telefon. Od tutejszych przyjaciół i z domu, z Rosji. Inni przyjaciele i krewni przysłali życzenia przez Internet, przysłali kartki, wierszyki i inne rzeczy. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo, bardzo miło było to wszystko widzieć, czytać i otrzymywać!
Wieczorem zaproponowałem wyjście do kina. Umówiliśmy się, że zadzwonimy do siebie po dziewiątej.
Ale o siódmej położyłem się na pięć minut i spałem jak zabity przez dwanaście i pół godziny z rzędu. Oto co znaczy wrócić rano z pracy i przespać się po tym najwyżej trzy godziny.
UPAŁ
Zaczął się od początku lutego. Teraz wyraźnie czuję: jestem w Afryce! Kupiłem dwie czekolady, włożyłem do kieszeni. Po piętnastu minutach czuję — rozpuściły się. Obie!!! Wziąłem butelkę zimnej wody, po jakichś dwudziestu minutach prawie wrzała.
Pot leje się ze mnie strumieniami. Szkoda zakładać nowe ciuchy — wypalają się na słońcu w mgnieniu oka. Ocean wydawał się wcześniej chłodny... Teraz: wszystko jedno, byle się schłodzić!
Przez tydzień było trzydzieści-trzydzieści pięć stopni, a dzisiaj całe czterdzieści!
Oto co rozumiem przez Afrykę! Lato! Skwar! A to ciągle tylko dwadzieścia pięć i dwadzieścia pięć. Co to za Afryka?! Jakoś mało poważnie!
A teraz TEMAT!!! Lecę się kąpać!!! Hura-a-a-a-a!!!
07 lutego 2009





