- Sorry, we don't hire...
- Sorry, but we are full-stuffed...
- Sorry, we can't help you ...
Czas się wlecze i przytłacza. Przylecieliśmy dopiero wczoraj, a wydaje się, że minęła już wieczność, podczas której nie znaleźliśmy ani pracy, ani mieszkania.
NY był wspaniały, bo można było chodzić, obijać się, spać, jeść, gapić się, robić zdjęcia, pić kawę i zupełnie nie przejmować się tym, że każdy dodatkowy dzień w hostelu kosztuje $50 + jedzenie + bilety na komunikację miejską. Mieliśmy bilet lotniczy na konkretną datę i mnóstwo wolnego czasu. Tutaj wszystko jest inaczej.
San Diego w ogóle nie przypomina Nowego Jorku. Rosną tu palmy i świeci słońce, ale wieje wiatr i wcale nie jest gorąco. Prawie nie ma tu wieżowców, a w dzielnicy Ocean Beach domy są wręcz dwupiętrowe. W Ocean Beach jest tyle samo sklepów surfingowych i napakowanych facetów na plaży, co w Harlemie fryzjerów i czarnoskórych. Tutaj moje oczy nieustannie przykuwają napisy "rent" i "lease"...
