Po dotarciu do Waszyngtonu byliśmy tak wyczerpani, że wszystkie nasze plany zwiedzenia muzeum (przynajmniej jednego w ciągu 2 lat) zostały odwołane, a ja zaproponowałam Lusi, żebyśmy pojechały do mnie do domu, żeby przenocować, doprowadzić się do porządku, a potem z nowymi siłami wcześnie rano zobaczyć trochę Waszyngtonu i wyruszyć do Nowego Jorku.. decyzja została podjęta jednogłośnie.. Pojechałyśmy do domu, przedstawiłam Lusię wszystkim moim współlokatorom, poszłyśmy normalnie do sklepu, kupiłyśmy normalne jedzenie, a nie to, którym żywisz się w drodze i nie tracąc mnóstwa czasu.. (zazwyczaj jadłyśmy kanapki - od tego zapachu teraz robi mi się niedobrze - Subway ma specyficzny zapach kanapek).. Musiałyśmy wstać bardzo wcześnie, o piątej rano, żeby zdążyć na pierwszy autobus do metra, żeby szybciej dotrzeć do Waszyngtonu i najbliższym autobusem ruszyć do NY, dotarłyśmy do Waszyngtonu około 7 rano, zdecydowałyśmy zjeść śniadanie na polanie niedaleko pomnika (wzięłyśmy jogurty), potem pospacerowałyśmy od pomnika do dworca autobusowego, zahaczając o Kapitol i niektóre muzea (ale nie miałyśmy czasu ich zwiedzać, a poza tym nie otwierają się tak wcześnie).. Po dotarciu na dworzec kupiłyśmy najbliższy bilet.. autobus odjeżdżał za 15 minut.. i szybko wsiadłyśmy do autobusu.. Podjeżdżając do NY pogoda znowu bardzo się pogorszyła, była bardzo silna ulewa, zanim dotarłyśmy do hostelu była już 4.. powiedziano nam, że mamy problemy z rezerwacją i mamy jedną noc dla dwóch osób, a drugą dla jednej.. próbowałyśmy znaleźć inny hostel, ale wszystko było zajęte, więc musiałyśmy trochę oszukać hostel.. Ale najpierw o tym, że musiałyśmy przenieść wszystkie plany na podbój NY na następny dzień, ponieważ tego dnia zostało nam niewiele czasu, a za dzień zostało kilka godzin do wylotu Lusi z powrotem do Oklahomy i mojego powrotu do Wirginii.. Dlatego resztę dnia zaproponowałam spędzić w Chinatown i nakupować pamiątek.. już wiedziałam dokąd iść i od razu nakupiłam magnesów, koszulek w miarę przyzwoitej jakości.. i ze spokojnym sumieniem wróciłam do hostelu, żeby następnego dnia nie biegać i nie denerwować się o pamiątki.. Następnego dnia wstałyśmy jak najwcześniej i pognałyśmy galopem.. najpierw pojechałyśmy na łódkę, żeby przejechać się do Staten Island i zobaczyć Statuę Wolności.. Zjadłyśmy śniadanie w budynku dworca morskiego, potem pognałyśmy z powrotem do Mostu Brooklińskiego, chciałam, żeby w końcu spełniło się moje marzenie i przeszłam ten most (w zeszłym roku nie pozwoliła mi na to moja skręcona noga).. Przeszłyśmy most i znalazłyśmy się po stronie brooklińskiej, jak tam jest pięknie, pospacerowałyśmy po parku, zrobiłyśmy mnóstwo pięknych zdjęć na tle Manhattanu.. pospacerowałyśmy trochę po pobliskim Brooklynie i ruszyłyśmy z powrotem na Manhattan.. Potem ruszyłyśmy w stronę Central Parku, w zeszłym roku nie udało mi się po nim za bardzo pospacerować - tym razem objęłyśmy tylko połowę, ale dotarłyśmy do słynnej fontanny i półsfery, przy której kręcono początek filmu Step Up 3, potem szybko starałyśmy się znaleźć miejsce na kolację.. ale to się przeciągnęło - bo tak bardzo chciałam znaleźć w NY Cheesecake Factory, ale jej tam nie było.. musiałyśmy szukać innego miejsca.. potem zebrałyśmy siły i pochodziłyśmy trochę po pobliskich uliczkach... potem zabłądziłyśmy do stacji Grand Central, w budynku której kręcono wiele słynnych filmów... potem zdecydowałyśmy się pospacerować do Times Square, pospacerowałyśmy, posiedziałyśmy na słynnych schodach, jak tam jest komfortowo, tłumy ludzi, wszyscy gdzieś idą.. wszystko się porusza.. właśnie tam uświadamiasz sobie, że na świecie jest 7 miliardów ludzi.. po tym trochę pochodziłyśmy, ale sił na więcej nie miałyśmy i dotarłyśmy do hostelu około pierwszej w nocy.. Starałam się nie spać razem z Lusią będąc w holu, w którym były kanapy i telewizor... żeby nie zostawiać jej samej.. ale nie miałam sił.. poszłam trochę pospać i sama przespałam prawie połowę nocy.. potem szybko się wymeldowałyśmy i wszystkie rzeczy zostawiłyśmy w przechowalni, potem poszłyśmy na zakupy i po prostu pospacerować bez pośpiechu.. ale po pewnym czasie musiałam jednak odprowadzić Lusię do odpowiedniej linii metra, jadącej na lotnisko, a sama trochę pospacerować, a potem pojechać na dworzec autobusowy.. i wyruszyć do domu..)





