Czas to dziwna rzecz. Teraz tam, gdzie się urodziłam, jest wieczór i życie zaczyna wrzeć: ludzie w końcu mogą nie bać się udaru cieplnego. A tam, gdzie uczę się już od dwóch lat, wciąż jest pochmurno, ale ludzi na ulicach nie ubywa, to miasto nie zasnęłoby, nawet gdyby reszta świata wyginęła w jednej chwili.
W Nowym Jorku czas, który spędziliśmy włócząc się po Times Square i okolicznych uliczkach, nie przekroczył godziny, ale zobaczyć tyle różnych i oszałamiających rzeczy – prawdopodobnie w moim rodzinnym mieście nie zobaczyłabym tyle przez całe 10 lat.
Podobało mi się też, jak dziwnie zachowuje się czas, gdy osoba, z którą widziałaś się ostatnio trzy lata temu, przytula cię bardzo czule i mówi "Welcome to America again". I wiezie cię swoim wielkim amerykańskim samochodem do małego amerykańskiego miasteczka North Andover, gdzie czas płynie cicho i niezauważalnie, bo na ulicy już trzeci tydzień nie widać słoneczka.
Ile czasu potrzeba, żeby się zaadaptować i zrozumieć, co robić?
Jak szybko zleci czas tutaj, za oceanem?
Co trzeba zdążyć zrobić w te dni?
Czas pokaże =)

