ROZDZIAŁ PIERWSZY. ZANIM SIĘ DOWIEDZIAŁEM... „Nie żałujcie tych, których już nie ma wśród żywych. Żałujcie tych, którzy żyją bez miłości.” J.K. Rowling. 22 września 2008. Cześć, ludziska! Cieszę się z tych wszystkich, którzy cieszą się z mojego powodu! „Znaczy TAK: A mnie to nie rusza! A mnie nigdy nie rusza, jeśli COŚ” śpiewa się w piosence. Wujkowi Tiomie – mojemu przyjacielowi – nigdy nie doradzałbym przyjazdu do Afryki Południowej – do Kapsztadu. Umarłby tutaj. Z zachwytu. Bo tutaj są taaakie góry!!! „Lion’s Head” (670 metrów), góra po lewej, ze szczytem. Na prawo od Lion’s Head znajduje się góra Signal Hill (350 metrów), która swoją nazwę zawdzięcza armacie stojącej u jej podnóża, strzelającej od poniedziałku do piątku w południe. Góra Stołowa (1086 metrów), od centrum w prawo – tuzin szczytów górskich o nazwie „Dwanaście Apostołów”. Ich wysokość to około kilometr. Według czasu lokalnego jest teraz 18:30. Czyli w Moskwie wpół do dziewiątej, a w Czelabińsku 22:30. Dzień jest gorący, noc bardzo zimna – taka, najwyraźniej, jest południowoafrykańska wiosna. Mówią, że tutaj szczyt lata przypada na grudzień i styczeń. Dzisiaj mieliśmy wycieczkę po Kapsztadzie i spotkanie z organizatorami programu. Wszystko poszło ciekawie. Jedyne, co trochę męczyło: głowa pękała od tego, że cały czas musiałem ją zmuszać do dzikiej pracy, starając się zrozumieć, co tam mówią. Czasami mi się to udawało. Nie, oczywiście, rozumiem – przewodnicy leją trochę za dużo wody, i SASTC-owcy (organizatorzy) też, ale mimo wszystko – kiedy ja w końcu zacznę normalnie mówić po angielsku?! Osobiste podziękowania dla pana Dragunkina – mega-gościa, dzięki którego kursowi audio przynajmniej gramatykę jako tako opanowałem. Dzięki niemu trochę rozumiem i nawet mówię. Jeśli zdarzy mi się (naprawdę) zrozumieć, co do mnie mówią, albo o co mnie pytają, i samemu odpowiedzieć, niech nawet stosunkowo prymitywnie, ALE mi się udaje – to jest przyjemne. Ludzie! Jeśli wybieracie się w najbliższym czasie do Afryki lub jakiegokolwiek innego anglojęzycznego kraju – nie bądźcie takimi leniami jak ja. Uczcie się angielskiego! No, a jak dotarłem i w ogóle? Chodzę dzisiaj i myślę: „na co ja tak długo czekałem? Dlaczego dawno tu nie przyjechałem? Tutaj jest oszałamiająco!” Jeśli ktoś nie wie – Kapsztad założono około 350 lat temu. Pierwsze osady, nietrudno zgadnąć – zbudowali Europejczycy. Holendrzy, Anglicy i może ktoś jeszcze (leniwie mi znowu zaglądać do przewodnika, czytałem go półtora miesiąca temu i to nie do końca). Musi być właśnie dlatego przypomina trochę dzisiejsze angielskie miasto (zwłaszcza kościołami i ruchem lewostronnym). Trochę przypomina Europę, dobrymi drogami. Jeszcze RPA jest bardzo podobna do Rosji (jakby to dziwnie nie brzmiało). Zwłaszcza do „nadmorskiej” Rosji. I jeszcze to uczucie... jakbyś był w domu. A to dziesiątki tysięcy kilometrów od Czelabińska! A jeszcze Afryka Południowa jest podobna do Rosji cenami – no dokładnie takimi samymi jak u nas. To dla mnie szczególnie przyjemne – widząc, że ceny w Europie i USA bardzo różnią się od naszych, są nawet znacznie droższe niż moskiewskie, co dopiero mówić o Czelabińsku. Miasto Kapsztad położone jest u podnóża 1086-metrowej ↑ „Table Mountain” – Góry Stołowej. Leciałem liniami lotniczymi Zjednoczonych Emiratów Arabskich z przesiadką w Dubaju. Lot mi się podobał. Te linie lotnicze, oczywiście, nie są brytyjskie, ale bardzo, bardzo przyzwoite. Na tablicy przeczytałem: czas lotu – pięć godzin do Dubaju; i jeszcze dziesięć – do Kapsztadu. Odległość, jeśli zsumować oba loty, sądząc po tablicy, wyszła około 50 000 kilometrów. Wysokość około 11 400 metrów, prędkość rozwijaliśmy do 930 km/h. Dla tych, którzy nie bardzo się na tym znają – to bardzo dużo, wysoko i szybko. Jednak duże „Boeingi” zawsze latają z takimi wskaźnikami. Noc spędziłem na lotnisku w Dubaju (moim zdaniem nie jest tak szykowne jak w Moskwie czy Londynie, ale mimo wszystko „na poziomie”). I na miękkich ławkach można się całkiem dobrze wyspać, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że miałem ze sobą tylko bagaż podręczny. Duży bagaż odebrałem dopiero w Kapsztadzie, nie musiałem się o niego martwić. Kiedy zaczęliśmy podchodzić do lądowania nad szykującym się do snu Dubajem, przez okna iluminatora ukazał nam się niesamowity widok. Cudo! A wy mówicie (to nie do kogoś konkretnego): „Na co patrzeć, jeśli nie na Amerykę czy Europę?” Krótko mówiąc, będzie okazja – bardzo polecam – piękno jest zachwycające. A jeszcze Dubaj rano sprawił mi nową niespodziankę. Kiedy samolot wystartował i patrzyłem na miasto z góry – nagle mnie olśniło: na jego miejscu kiedyś była zwykła pustynia! A teraz taka cywilizacja – fantastyczna metropolia, w której ludzie, pewnie, już zapomnieli, że kiedyś były tu tylko piaski i ocean. Potem lecieliśmy. I długo, i naprawdę, gdzie nie spojrzysz – wszędzie rozciągała się sawanna (w Afryce właściwie nie wszędzie, ale trasa samolotu z jakiegoś powodu była taka i do tej pory jestem w szoku). Bo tam jest taaak dużo piasku, a na jego obrzeżach jeszcze dużo i dużo więcej wody, że, jak ująłby to Griszkowiec: „Ile, ja nawet nie rozumiem!” Widziałem piasek w twardej i miękkiej postaci. W wydmach, głazach, w gigantycznych – może trzy kilometry wzwyż – górach. Znaczna część sawanny przypada na kamienistą pustynię – hammada. Widziałem prawie czarny piasek, żółty, biały, czerwony, szary, pomarańczowy, a nawet zielonkawy. Cholera. A my, żeby zbudować dom, kupujemy za drogie pieniądze parę KAMAZ-ów tego piasku. No tak. Afrykańczycy oddaliby nam go za darmo! Albo wymieniliby tonę piasku na pięćdziesiąt kilogramów ziemi! ? Już myślałem, że mnie wszystko... oszukali! I oprócz piasku i oceanu tam dalej nic nie będzie. Nawet Johannesburg (nie mówiąc o Pretorii) udało nam się jakoś ominąć. A ja tak miałem nadzieję zobaczyć je przez okna iluminatora! Ale potem jednak przylecieliśmy. I małe, stosunkowo ciche lotnisko wywarło na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie (och, jaki był hałas-zgiełk w porównaniu z nim w Nowym Jorku i napięcie na Heathrow – londyńskim lotnisku). Kontrola paszportowo-wizowa? Bez problemu! Jakby swój. Nikt (jak w Ameryce) się nie czepia, wszyscy uprzejmi i mili. W hostelu zakwaterowali mnie z pięcioma chłopakami, którzy też przyjechali do SASTC na ten i inne programy wolontariackie. Nikt nie mówi po rosyjsku. Tak to jest. Więc... Polecam! A ja? Idę uczyć się angielskiego! Do zobaczenia wszystkim! Piszcie, nie zapominajcie. Tylko mniej pytań typu: „I co teraz? Znalazłeś pracę? Wiesz, gdzie będziesz mieszkać po tygodniu w hostelu?” Ludzie, nie mam pojęcia! Z góry, żeby nie odpowiadać każdemu z osobna, odpowiadam wszystkim. Do zobaczenia!

