Obudziliśmy się wcześnie, o 8, na budzik, bo nie ma czasu na spanie, musimy zdążyć wszystko zobaczyć w NY, to nasz ostatni dzień tutaj. Noc minęła normalnie, ale spanie było niewygodne, kanapa była bardzo miękka i ciasno ))) ale byliśmy tak zmęczeni, że po prostu padliśmy, gdy tylko dotknęliśmy poduszki i było już wszystko jedno. Rano poszliśmy do pralni prać ciuchy. Lesza poszedł do pracy. Póki wrzuciliśmy do maszyny, poszliśmy na plażę. Oto on... ocean... niebieski... czysty... ale w zasadzie to samo, co morze) Ludzi mało, pewnie dlatego, że 10 rano. Opalaliśmy się, kąpaliśmy w oceanie, otworzyliśmy sezon kąpielowy w tym roku =) fale... ocean... piasek prawie biały... pięknie. Zabraliśmy ciuchy i poszliśmy szykować się na spacer. Zdecydowaliśmy pojechać zobaczyć zieloną ciotkę, czyli Statuę Wolności, ale nie wyszło, spóźniliśmy się 10 minut, ostatni statek odpłynął. Szkoda. Ale co zrobić. Wpadniemy w drodze powrotnej, kiedy będziemy lecieć do Rosji. Za 3 miesiące =).
Pojechaliśmy odebrać wypłatę Goszy. Póki na niego czekaliśmy, weszliśmy z Anią do Apple center skorzystać z Wi-Fi. Wow!!!! To robi wrażenie! Zarówno centrum, jak i sam laptop są wygodne, fajne, nowoczesne, chcę taki dla siebie)))) byliśmy tam chyba z godzinę.
Przyszedł Lesza, pojechaliśmy do Chinatown. No... myśleliśmy – to duży rynek traktorowy z kupą Chińczyków))))) ale nie, tam są chińskie sklepy, typu Calvin Klein, Levis itd. No naturalnie wszystko podróbka. Jeansy, bluzy po 12$ itd.
Poszliśmy do chińskiego McDonalda – o, zgrozo ))) próbowaliśmy zapytać Chińczyka o McFlurry, zaczął nam tłumaczyć w swoim łamanym chińsko-angielskim, z czym nam go dać. Było bardzo zabawnie ))) w rezultacie musieliśmy pokazywać palcami, z czym. Tam już cały sklep się włączył =) Mda. Pogadaliśmy, kupiliśmy, poszliśmy. Więcej nic nie kupiliśmy, kubki - I love NY kosztują 6$, zdecydowaliśmy, że drogo i nie będziemy wydawać pieniędzy, których i tak mało. Kupimy potem.
Pojechaliśmy na Brighton Beach - dzielnicę Rosjan. Rzeczywiście. Bardzo dużo Rosjan wokół, można nawet powiedzieć Rasza, kurczę! ))) zobaczyliśmy kawiarnię – Skovorodka. ))) Zjedliśmy pizzę za 4$ z Anią na dwoje. Tak sobie znowu. Jedzenie – obrzydliwe. Chce się normalnego jedzenia, a nic nie ma! Doszliśmy do oceanu, przechodzący obok mówili nam „Cześć” =). Byliśmy na nim 15 minut, bo nie było czasu, zrobiliśmy parę fotek i pojechaliśmy do domu.
Czas 20:00, zdecydowaliśmy wyjechać dziś w nocy do stanu Wirginia, szukać tam pracy, Gosza ma tam znajomych. Będziemy mieć na to nadzieję. Dlatego nie ma już czasu na spacery. W domu próbowaliśmy namówić Leszę, żeby pojechał z nami, ale nie, nie zgodził się((((((( Bardzo żal było się z nim rozstawać, dobry chłopak. Odprowadził nas do metra, Ania i ja mieliśmy po walizce, a Gosza 2 duże, nie do udźwignięcia walizki. Trzeba było wyjechać do 00:00, bo kończył się termin biletu w metrze. Wyjechaliśmy. Dojechaliśmy do Bus Station, wzięliśmy bilety do Richmond za 69$, wsiedliśmy do Greyhounda i pojechaliśmy. Czas 2 w nocy. Jedziemy szybko, miękko, drogi równe, w Rosji tylko marzyć o takich =) Gosza powiedział – blisko, 3 godziny... Jechaliśmy 7 godzin =) on sam się zdziwił ))) pomylił się. Nie udało się wyspać, zdrzemnęliśmy się. Rano - jechaliśmy przez przedmieścia Waszyngtonu, nie zrobiło wrażenia. Wieżowców nie ma. Samo miasto może i lepsze. Zobaczyliśmy Biały Dom – aaaaaaa, wyciągaj szybko aparat!!!!!!!! zrobiliśmy fotkę =))) zadowoleni.
Richmond... przyjechaliśmy... wzięliśmy taksówkę... Ashland....




