I wreszcie nadszedł ten decydujący dzień. Z drżącymi z emocji rękami byłam w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze.
Cały ten proces w ambasadzie oczywiście nie należy do najprzyjemniejszych: to całe zdenerwowanie, kolejki, odciski palców, rozmowa...
Ale po godzinie stania na mrozie drżałam już nie z emocji, a z zimna.
W końcu nadeszła nasza kolej na wejście do ambasady, a tam w środku znowu ona – kolejka.
Ale najwyraźniej dlatego, że tak bardzo się denerwowałam przez cały czas w kolejce i stałam, powtarzając, co mniej więcej będę musiała odpowiedzieć w tym samym okienku, w którym zdecydują „być albo nie być”, czas minął dość szybko.
I, o światło w tunelu! Kolejka dotarła i do mnie. Wciąż zdenerwowana, starając się naciągnąć uśmiech i zrobić życzliwą minę, podeszłam do okienka, w którym siedział miło wyglądający, schludny mężczyzna.
Zadał mi kilka pytań związanych z moimi studiami, celem podróży i tym, gdzie planuję pracować, przejrzał mój osobisty kwestionariusz, pochylił się z tamtej strony bliżej okienka i z uśmiechem powiedział mi: „otrzymuje pani wizę”.
I „O NIEBA! JADĘ DO Stanów Zjednoczonych Ameryki! Czy to naprawdę dzieje się ze mną i wszystko jest na serio?!” – właśnie takie myśli miałam wtedy w głowie. Wyszłam z ambasady z najszerszym uśmiechem na twarzy i coś bardzo ciepłego wypełniło mnie całą, pojawiło się nieodparte pragnienie, żeby wstać i wrzeszczeć na całe gardło ze szczęścia.
To było naprawdę cudowne!
I oczywiście pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było wybranie drżącymi już ze szczęścia palcami numeru mojej mamy...

