Jak i co piliśmy, czyli praca w amerykańskim barze. Piliśmy dużo, zarówno alkohol, jak i napoje bezalkoholowe; próbowaliśmy wszystkiego, co było możliwe, nawet paliliśmy, chociaż w domu nie palimy. Im mniejsze miasto, tym aktywniej walczą tam o „zdrowy naród”. Mieliśmy chłopaka, który miał 19 lat, nie dość, że nigdzie mu nie sprzedawali, to jak tylko w jednym lokalu dowiedzieli się, ile ma lat, to czasem nawet papierosów nie chcieli sprzedać. Kilka razy, przyznaję, kupiłam piwo amerykańskim dzieciakom, tak z 13-14 lat. Nie wiem, co potem robili, ale naszym rosyjskim chłopakom się oberwało (widocznie uważali mnie za niezdolną do takiego świństwa...). Pracując w barze, w ogóle bardzo trudno oprzeć się pokusom i nie pić za darmo wszystkiego, co stoi za twoimi plecami. Amerykanie w ogóle, jak zrozumiałam, nie są wielkimi fanami koktajli, woląc pić czysty produkt (chociaż wódkę piją z tonikiem). Moim ulubionym napojem stała się tequila... której wypito wiadra. Co mnie zdziwiło, to lekceważący stosunek do wszelkiego rodzaju rozliczeń w barze, najważniejsze, żeby kasa się zgadzała. Personel po pracy spokojnie brał coś z baru, nigdzie nie zapisując, mógł wziąć coś do domu, w granicach rozsądku... niemniej jednak, w zdumiewający sposób wszystko zawsze się zgadzało, a wydatki były pokryte z nawiązką... Im mniejsze miasto, tym popularniejsze stają się twoje imprezy. Jeśli wieczorem pojechałeś z kimś na imprezę, to koniec – rano wszyscy będą się drapieżnie uśmiechać i pytać, czy nie boli głowa i jak minęła noc? I chociaż cały wieczór mogliście po prostu siedzieć z dala od miasta nad jeziorem i przegadać do samego rana, ciekawscy współpracownicy mają powód do plotek (przynajmniej ta połowa, z którą nie za bardzo rozmawiacie). W życiu w ogóle piję bardzo mało, a tam z jakiegoś powodu było zupełnie odwrotnie... W sumie, w Ameryce żyje się swobodniej po 21 roku życia :)

