Zanim przyjechałam do Ameryki, planowałam zobaczyć jak najwięcej, bo byłam pewna, że mogę już nie wrócić. Dlatego zrobiłam plan, że po zakończeniu pracy pojadę na zachód kraju. Dwa tygodnie przed końcem sezonu kupiłam bilet lotniczy do San Francisco. Rozmawiając z rodzicami na Skype, pytali: 'A gdzie będziesz mieszkać? A kiedy masz bilet powrotny?'. A ja nie miałam ani jednego, ani drugiego. Zauważyłam, że wszystko jakoś robiłam w ostatniej chwili. Ale potem jednak znalazłam miejsce w SF.
Przed ostatnim dniem pracy mieliśmy imprezę i nie spałam całą noc (zresztą cały sierpień minął mi bez normalnego snu). Do tego miałam tylko jedną noc na spakowanie rzeczy przed podróżą, kiedy po powrocie z pracy zrozumiałam, że nie mogę już nawet normalnie mówić, poprosiłam, żeby mnie obudzili o 1 w nocy, żebym zdążyła się spakować, bo o 8:30 mieli przyjechać moi znajomi (wujek z ciocią), żeby zabrać część rzeczy i zawieźć mnie na lotnisko. Zabrać część rzeczy, bo miałam ich za dużo i nie chciałam podróżować z ogromną walizką. I spokojnie zostawiłam rzeczy, bo i tak miałam lot powrotny do Rosji z Waszyngtonu. No i jak zwykle mnie nie obudzili. Obudziłam się o 6 i zaczęłam w pośpiechu pakować rzeczy... ledwo zdążyłam... Wsiadając do samolotu, starałam się zebrać w sobie, znowu sama, nie wiadomo dokąd... Wielu ludzi mówiło mi, że w SF jest dużo dobrych ludzi, ale wysiadając z pociągu, trochę pobłądziłam w poszukiwaniu hostelu... i pierwszy, kogo spotkałam po drodze, okazał się bezdomny, zapytał mnie o drogę pod adres napisany na kartce, powiedziałam, że nie wiem... no i on powiedział, że jestem suką i chciał mnie uderzyć. Przeżyłam szok kulturowy... trochę postałam w miejscu i poszłam dalej... po zameldowaniu się w hostelu nawet nie chciałam stamtąd wychodzić... Zresztą i tak był już wieczór.
W hostelu mieszkałam jedną noc z dwiema Polkami, były fajne... pokazały mi książkę z atrakcjami, które każdy musi zobaczyć... I następnego ranka zdecydowałam, że przejdę się do Chinatown, a potem pójdę zobaczyć most, przechodząc połowę chińskiej ulicy zdecydowałam się przejechać cable car, zjechałam na dół, trochę tam pospacerowałam, potem znowu tym samym pojechałam do samego końca, żeby być bliżej mostu... Ponieważ lubię chodzić i oglądać, zdecydowałam, że prosto stamtąd pójdę pieszo do mostu, przy okazji zobaczyć dzielnicę Marina... droga okazała się naprawdę długa, ale starczyło mi sił, żeby jeszcze przejść Golden Gate Bridge... w rezultacie, kiedy go przeszłam, po drugiej stronie poznałam chłopaków z Izraela, w sumie pomogli mi dostać się na drugą stronę. Stamtąd zobaczyłam dzielnicę japońską, ratusz, no i wszystko po drodze do hostelu... Następnego dnia poszłam na rosyjskie wzgórze, potem na Coit tower, potem zobaczyłam dzielnicę rybacką, potem wracając do hostelu poznałam chłopaka, który miał wycieczkę autokarową po San Francisco... no i zaproponował mi, żebym poszła z nim... tak szczęśliwie wyszło, że za darmo dostałam się do autobusu, bo wieczorem nikt nie sprawdzał biletów... więc jeszcze wieczorne SF zobaczyłam, potem znowu znalazłam się w dzielnicy rybackiej, a stamtąd już daleko było iść... przechodziłam obok sklepów z pamiątkami, no i tam poznałam 19-letniego Hiszpana (choć miałam 18 lat, to i tak między nami była duża różnica w rozwoju)... no i poprosiłam go, żeby zabrał mnie zobaczyć Golden Gate Bridge w nocy, więc w tym też miałam szczęście))
Następnego dnia w planie miałam Golden Gate park... Do niego zdecydowałam się wziąć autobus, ale postanowiłam wysiąść po drugiej stronie miasta, gdzie jest plaża, w sumie przeszłam z tamtej strony cały park, właśnie po parku zrozumiałam, że zaczynam zakochiwać się w tym mieście... tam jest bardzo pięknie, zwłaszcza tam, gdzie jest ogród botaniczny... Po parku przeszłam się do jakichś ogrodów w centrum miasta i znowu był już wieczór, wieczorami za bardzo nie spacerowałam... bo byłam już zmęczona... Następnego dnia, otwierając mapę, zrozumiałam, że widziałam już wszystko, co chciałam... I że czwarty dzień może być zbędny, ale miałam w planie zobaczyć południową część miasta i centrum designu, poszłam tam... i po drodze poznałam chłopaka, zaproponował mi pomoc w zwiedzaniu miasta, ale powiedziałam, że już wszystko widziałam... I poprosiłam go, żeby przewiózł mnie przez Bay bridge do Oakland (chciałam zobaczyć, co to za miasto i dlaczego wielu Amerykanów mówi, że to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast w Ameryce)... Zabrał mnie tam, obwiózł po mieście, od najbiedniejszych dzielnic do centrum... w zasadzie zwykłe miasto... nic specjalnego, za to jest w nim college, gdzie uczą uprawiać trawę... No, a potem przewiózł mnie na wzgórze, z którego widać całe miasto - to jest takie piękne!!! bardzo mi się podobało... Potem chciałam dostać się do Alcatraz, ale biletów już nie było... trochę się zasmuciłam, ale przede mną czekał autobus do LA...




