Moje lato w Ameryce dobiega końca. Już za parę dni wyruszam w podróż po bezkresnych stanach) Nawet nie wierzę, że już niedługo wyjeżdżam. Wydaje się, że dopiero co przyjechałam, aklimatyzowałam się, bałam się mówić po angielsku, szukałam mieszkania, spóźniałam się do pracy... A na początku czas ciągnął się strasznie wolno, wydawało mi się, że to lato nigdy się nie skończy. Ale im bliżej było końca lata, tym czas leciał szybciej.
Trasa już zatwierdzona: Niagara Falls(?); Boston, MA; Washington, DC; Miami, FL; Key West, FL; New York, NY. Co do Niagary, to jeszcze nie wiem, czy pojadę. Ale reszta punktów mojej trasy jest już zatwierdzona. Znalazłam już sobie towarzyszy podróży do Bostonu i Waszyngtonu, przynajmniej nie będzie tak nudno) Jeszcze w Waszyngtonie planuję spotkać się ze swoją znajomą, która ma bardzo ciekawą historię. Urodziła się w Rosji, w Petersburgu, ale do 6 roku życia wychowywała się w domu dziecka. Potem adoptowała ją amerykańska rodzina. I teraz mieszka niedaleko Waszyngtonu i próbuje przypomnieć sobie język rosyjski. Po Waszyngtonie polecę do Miami, gdzie też mam jednego znajomego) Ten chłopak jest Amerykaninem, studiował na uniwersytecie stosunki polityczne, był w Rosji, bardzo kocha Rosję i chce nawiązać super przyjacielskie relacje między Ameryką a Rosją) W ogóle to też bardzo ciekawy człowiek) Zarówno z nim, jak i z dziewczyną z Waszyngtonu poznałam się na stronie do nauki języków, kiedy starałam się poprawić swój angielski) Na Key West pojadę, żeby odpocząć - leżeć cały dzień na plaży i nic nie robić, bajka) no a potem, na koniec, wpadnę do Nowego Jorku, spędzę tam ostatni pełny dzień w Ameryce, a następnego dnia polecę do ojczyzny...
Bilety na transport są już zarezerwowane, a mieszkać będę przez Couchsurfing. Prawda, jeszcze z nikim się nie dogadałam, trzeba by już się ruszyć, bo inaczej zostanę bez dachu nad głową. Szczerze mówiąc, jakoś nie bardzo chce mi się gdziekolwiek jechać, chcę spędzić pozostałe 2 tygodnie w Nowym Jorku, spacerować, cieszyć się miastem... Pomimo tego, że mieszkałam niedaleko niego, i tak mało się nachodziłam, jeszcze tyle chcę zobaczyć...
Swoją drogą, w Ameryce jakoś nie bardzo przyjęte jest podróżowanie) Często, kiedy opowiadam Amerykanom o swoich najbliższych planach, słyszę frazę w stylu - Ojej, a ja przez całe życie nie wyjeżdżałem poza Long Island. O tym, że ja w ogóle przyjechałam tu sama z innego kraju, już nie wspomnę - tutaj oni tego nie zrozumieją))
Chociaż ja sama też trochę się tutaj zmieniłam. Zamerykanizowałam się)) Nie wiem, jak we wszystkich stanach, ale właśnie tutaj ludzie w ogóle nie przejmują się tym, jak wyglądają. Wielu nawet w piżamach chodzi do sklepu i jest to uważane za normalne) Tak i ja teraz weszłam w ten sam rytm. Kiedyś, w Moskwie, zazwyczaj przed wyjściem z domu stroiłam się... tutaj jakoś zupełnie nie zależy mi na tym, jak wyglądam) To jak na daczy - mam gdzieś wygląd zewnętrzny) No w zasadzie Long Island można nazwać wsią, tylko bez gospodarstwa domowego))
Pakuję walizki. Niedługo wyruszam w drogę. Czuję, że będzie mi brakować tych miejsc. Za każdym razem, gdy jadę do pracy, patrzę na otaczające mnie krajobraidy... i rozumiem, jak bliskie stały się dla mnie te miejsca. Jestem pewna, że będzie mi brakować wszystkich tych uliczek, sklepików, drzew, dróg... Znowu, gdzieś w głębi duszy, siedzi ten sam strach, który otulał mnie na początku wyjazdu, myślę, że to strach przed nieznanym. Przecież w ogóle nie jest jasne, gdzie będę mieszkać podczas podróży i dokąd poniesie mnie los... Ale tym razem to nie jest paraliżujące uczucie, a po prostu lekki odcień, który tylko popycha mnie do przygód)
No więc, w drogę)

