Kiedy na pocztę przyszło powiadomienie o blogach, jak każdy dobry podróżnik otworzyłam swój notatnik i zagłębiłam się w kilkugodzinną lekturę.
A kiedy dotarłam do ostatniej strony, zamknęłam go i zrozumiałam, że nie mam nic do napisania na blogu.
Nie chodzi o to, że nic się nie wydarzyło, po prostu... jak w powiedzeniu:
„Tak, jest co wspominać z młodości, ale nie ma co opowiadać wnukom”.
I tak wyszło, że mogę opowiadać i wspominać godzinami, z zapartym tchem, jednak tak po prostu wystawić na sąd publiczny swoje przeżycia, przygody i incydenty – to trochę krępujące.
Każdy z nas zawsze zachowa tam coś takiego, co powiemy tylko najbliższym osobom, coś osobistego i prawdziwego...
Chodzi o to, że Ameryka okaże się dokładnie taka, jakiej od niej oczekujesz.
Poznałam bardzo dobrych amerykańskich przyjaciół, mocno się zakochałam, zostawiłam tam cząstkę siebie i mam nadzieję, że jeszcze przynajmniej raz tam wrócę.
Poza tym podróżowałam, gubiłam się, walczyłam z barierą językową, dziwiłam się, złościłam na niepowodzenia, pokonywałam trudności, wpadałam w głupie sytuacje, wierzyłam i rozczarowywałam się... ogólnie jak u wszystkich, prawda?
I tutaj nie ma tego, co najbardziej kojarzy mi się z Ameryką, a jedynie małe urywki i notatki, rzeczywiście, na marginesie.
A dla tych, którzy dopiero wybierają się w podróż, rada:
Wierzcie, że wszystko będzie dobrze i niczego się nie bójcie – wtedy będziecie mieli najlepsze lato w swoim studenckim życiu :)

