Kto by pomyślał, że Ameryka jest tak różnorodna...
Że oprócz rodzinnego Myrtle, szpanerskiego Miami, burzliwego Nowego Jorku i kolorowego Vegas, są tu jeszcze miejsca, do których sama Ameryka jakby jeszcze nie dotarła...
Jechaliśmy na północ od San Francisco i ze zdziwieniem odkrywaliśmy, że wszystko tutaj to strefa podwyższonej aktywności wulkanicznej. Nie po prostu „tutaj”, a cały lewy górny róg USA na mapie. Nie, oczywiście słyszeliśmy o potwornym trzęsieniu ziemi w San Francisco na początku wieku i o wstrząsach w Los Angeles, ale zobaczyć na setkach kilometrów rozrzucone przez erupcje pozostałości magmy i kamieni w ogóle się nie spodziewaliśmy)))
Jak dowiedzieć się, czy jesteś daleko od Lassen Volcanic National Park? Bardzo prosto!!
-
W zwykłym żółto-brązowym krajobrazie za oknem zaczną pojawiać się czarne punkty kamieni. Tu i tam. Nie wiadomo przez kogo tu podłożone.
-
Pojawią się spalone stacje benzynowe, sprzedające benzynę trzy razy taniej niż zwykle i tankujące was prosto z ogromnej rury, poprowadzonej gdzieś dalej.
-
Pewnego ranka łóżko będzie trząść się razem ze ścianami domu tak, że obudzicie się ze świadomością, że sejsmologia to pożyteczna nauka))
Przynajmniej u nas tak było=)
Sam park to kupa starego kamienno-popiołowego gruzu z dużym wulkanem pośrodku i małymi siarkowymi śmierdzącymi dziurami po bokach. Wjechaliśmy tam tylko dlatego, że było bardzo po drodze. W przeciwnym razie - tylko jeśli masz mnóstwo czasu. Ten krajobraz po 3 dniach ci się znudzi))
Co jest fajne - mega-niebieskie jeziora z całą tablicą Mendelejewa w środku. Kąpać się nie warto, ale patrzeć - jak najbardziej. Bez ich błękitu oko umarłoby z tęsknoty. O, jak!)
Dlatego nie zatrzymywaliśmy się tam (i tak nie było gdzie), i pognaliśmy prędzej do głównego punktu dnia - Crater Lake. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że będzie to jeden z głównych punktów całej podróży...
Przyjechaliśmy tam w samą porę, na 2 godziny przed zachodem słońca, więc udało nam się zająć najlepszy punkt na świecie - na szczycie wybuchłego kilka tysięcy lat temu wulkanu. Imponujące, prawda?)
Historia jest taka: dawno temu (6000 lat temu) stał tu lokalny największy wulkan (jeden z największych na świecie w tamtym czasie). Potem wybuchł. I to tak, że zdmuchnął sobie kilometr siebie ze wszystkimi wnętrznościami. Wody podziemne rzuciły się go gasić i tak powstało 9. najgłębsze jezioro na świecie i pierwsze w Ameryce Północnej - Crater Lake. 594 metry jednej z najczystszych wodnych skarbnic planety.
Wyobraź sobie. Jedziesz, droga cały czas pnie się lekko w górę. Las przeplata się z ogromnymi kamieniami. Nagle w końcu wyjeżdżasz na wysokość, której drzewa przez te tysiąclecia nie pokonały. Tutaj jest pokruszony kamień i goła ziemia. Nic więcej nie widać. Podjeżdżasz do krawędzi wzgórza, za którym oczywiście powinno być jeszcze jedno wzgórze i opada ci szczęka. Pod tobą - 10-kilometrowe jezioro w kraterze, z wyspą pośrodku jak z obrazka. Wyspa, jak przystało, nazywa się Wyspą Czarodzieja (Wizard Island).)
Woda odbija tylko niebo po prostu dlatego, że nie ma nic innego do odbijania. Wchodzisz na sam szczyt krawędzi pozostałej po wulkanie i żegnasz jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w twoim życiu. W oddali widać daleko, daleko, wypalona ziemia staje się ciemnoczerwona, jakby znów przeżywając te wydarzenia sprzed 6000 lat. Na jezioro nadciąga gigantyczny cień i puuuuf!!! Słońca nie ma. Nda))
Droga na szczyt zajmuje 15 minut, z przystankami i zdjęciami - 40 minut. Punkt widokowy - Watchman lookout. Jest ich tam dużo, ale ten - zdecydowanie najfajniejszy, koniecznie go odwiedź.
A potem wsiadasz w samochód i jedziesz do Yellowstone.
Przynajmniej u nas tak było...





