Z każdym dniem nasze życie w Ameryce stawało się lepsze... i jeśli na początku nie miałyśmy gdzie mieszkać, nie miałyśmy pracy, ani znajomych i żywiłyśmy się ciasteczkami, to już pod koniec lipca z uśmiechem wspominałyśmy wszystkie nasze problemy i dziękowałyśmy Bogu za to, że nam pomógł i nie zostawił nas na ulicy. Jak tylko przeprowadziłyśmy się do Moose Creek, pracowałyśmy tylko tam i tylko rzadko jedną z nas zabierano do sprzątania w Grizzly. Najbardziej byłam szczęśliwa, gdy klienci dziękowali nam za pracę... raz nawet dostałam premię za to, że znalazłam portfel z kupą kasy i oczywiście oddałam go kierownictwu. To, czego teraz strasznie mi brakuje, to życzliwość amerykańskich ludzi... Rano, wychodząc do pracy, wszyscy się do ciebie uśmiechali, mówili: „Hello! How are you doing?” Wejdziesz do sklepu, pogapisz się, pochodzisz, nic u nich nie kupisz, a jeszcze podłogę podeptasz, a sprzedawcy miło ci powiedzą: „Thanks for stopping by... come back again! Goodbye and have a great day!” Gdzie u nas coś takiego zobaczysz?! U nas niektórzy sprzedawcy nie dość, że się nie pożegnają, to jeszcze zastanowią się, czy w ogóle się z tobą przywitać)) Nasi szefowie zawsze dziękowali nam za wszystko... jak zapomniałaś położyć mydło, mówili ci: „Przepraszam, zapomniałaś o mydle”, położysz je, a oni ci jeszcze podziękują) Kiedy kończyłyśmy pracę, zawsze mówili: „Thank you! Have a nice day”, a nam pozostawało tylko z niedowierzaniem mówić: „You are welcome! You too!” Nie byłyśmy przyzwyczajone do tak wspaniałego traktowania pracowników) Amerykańskie życie jest jak narkotyk... do dobrego szybko się przyzwyczajasz... Najbardziej kochałam to poczucie wolności i samodzielności. Rano wstawałam około 6 i szłam na spacer po okolicy miasta... Aselya wprawdzie uważała mnie za wariatkę i spokojnie spała w tym czasie... ja natomiast chciałam nacieszyć się każdą minutą spędzoną w tym cudownym mieście. Tak naprawdę, jeśli chcecie poczuć i zobaczyć prawdziwe amerykańskie życie z ubiegłego wieku, musicie jechać właśnie do Wyoming, no albo do Montana. Tego nie da się opisać słowami – to trzeba zobaczyć na własne oczy! A my tam nawet, nawiasem mówiąc, miałyśmy amerykańskiego dziadka (ojca Viki)... po prostu niesamowity gość))) wyjaśnił nam, że wszyscy studenci, którzy przyjeżdżają do nich pracować, automatycznie stają się jego wnukami... tak go właśnie nazywałyśmy: Grandpapa)))





