Po San Francisco mieliśmy dwie opcje, dokąd jechać – albo Las Vegas, albo Wielki Kanion. Po prostu nie zdążylibyśmy w oba miejsca. Uznaliśmy, że Wielki Kanion będzie lepszym wyborem. A co z Las Vegas? Kolejne duże miasto.
Wyjechaliśmy z San Francisco po obiedzie i resztę dnia spędziliśmy na jeździe przez Kalifornię w kierunku Arizony. Jechaliśmy, aż poczuliśmy zmęczenie, i ostatecznie, według starego schematu, przenocowaliśmy na kempingu :). Rano ruszyliśmy w stronę Wielkiego Kanionu.
Kto oglądał bajkę „Auta”? Opowiada ona o opuszczonej starej drodze, którą nikt nie jeździ, bo wszyscy korzystają z nowej autostrady. Ta historia jest prawdziwa. My wracaliśmy z Kalifornii właśnie tą nową autostradą. A ta stara, opuszczona droga to słynna Route 66, która kiedyś łączyła Chicago z Santa Monica. Teraz nikt nią nie jeździ, bo nie ma sensu. Obok wybudowano autostradę międzystanową nr 40 i wszyscy z niej korzystają. Ale ponieważ ta droga była kiedyś bardzo popularna, na autostradzie jest wiele znaków informujących, że niedaleko przebiega słynna Route 66. Teraz na tej drodze są tylko małe, opuszczone miasteczka, jak w bajce. Mimo to turystów jest tam sporo. Wstąpiliśmy do jednego z takich miasteczek, nazwy niestety nie pamiętam, wiem tylko, że było w stanie Arizona, niedaleko Wielkiego Kanionu. Było tam całkiem ładnie. Kupiliśmy pamiątki, zjedliśmy w restauracji, gdzie kelner obraził się na nas za to, że zostawiliśmy mu za mały napiwek, i pojechaliśmy zobaczyć Wielki Kanion.
Wjazd do Parku Narodowego Wielkiego Kanionu jest płatny. Kosztuje 25 dolarów od samochodu. Niby niedużo, ale jednak. Po terenie parku kursują darmowe autobusy. Ale mój brat i ja postanowiliśmy iść pieszo. A dziewczyny jeździły autobusami. No i trudno.
Na całej długości kanionu znajduje się kilka punktów widokowych. Wybraliśmy najwyższy i poszliśmy tam. Kiedy dotarliśmy do celu, ukazał się nam oszałamiający widok na dolinę Kanionu. To naprawdę COŚ. Trzeba to zobaczyć. Potem poszliśmy trochę pospacerować po górnej krawędzi kanionu. Co mnie zdziwiło – nie ma tam żadnych barierek. Chcesz skoczyć w dół – skacz. Po co więc pobierać opłaty przy wjeździe? Porobiliśmy zdjęcia, porzucaliśmy kamienie w dół, mierzyliśmy czas, w jakim te kamienie leciały, i poszliśmy czekać na dziewczyny. W Wielkim Kanionie nie ma co robić dłużej niż godzinę. Do wieczora dotarliśmy do jakiegoś kempingu w Nowym Meksyku i tam przenocowaliśmy według wypracowanego schematu.




