Następnego ranka znowu w tę samą stronę, ale tym razem do Kings Canyon. Jedziesz drogami wykutymi w niemal pionowych skałach (tą samą drogą, co do Sequoia). Strach, ale widoki są obłędne. Bardzo daleko i bardzo malowniczo. I wszędzie, gdzie się zatrzymasz, lekki wiatr w twarz. Po prostu pycha.
Kanon nie ma w sobie nic nadprzyrodzonego, drugi raz bym nie pojechał. Przypomina wąwóz z filmu 'Kaukaska branka'. Tutaj jest Panoramic Point – widok na jezioro z punktu, do którego jedzie się 15 minut przez las rosyjską wiejską drogą (naprawdę bardzo, bardzo fajnie).
I samo jezioro, kiedy patrzysz z doliny na góry (Hume Lake). Są prawie przy samym wjeździe, więc łatwo odwiedzić. W pozostałych kwestiach (sam kanion) – fajnie, ale jeśli nie masz czasu jechać tą drogą (a jechać trzeba 2-3 godziny w jedną stronę, a potem jeszcze wracać) – nie przejmuj się. Grizzly Falls, na przykład, nie ma w sobie nic niezwykłego. Ale to tylko jeśli oszczędzasz czas. Jeśli nie – jedź i ciesz się.)
My pojechaliśmy dalej. Po drodze przejechaliśmy przez trasę, na której kilka godzin wcześniej doszło do osunięcia ziemi i 40 metrów drogi było całkowicie zasypanych kamieniami i piaskiem. Jeśli coś takiego runie, nie ma szans na ucieczkę... Uff, w takich momentach robi się nieswojo...
No tak, wszyscy chodzimy pod niebem. Chociaż po co się smucić, skoro to niebo pewnie prowadziło nas nie byle gdzie, a do wielkiego Yosemite...





