Instrukcja: „Jak spędzić niezapomniane 2 dni w Bostonie, czyli przygody Leny i Lizy”.
Aby spędzić niezapomniane 2 dni w Bostonie, będziesz potrzebować:
- Siebie - miłośniczki przygód (Lena, lub jak nazywali mnie Amerykanie w najlepszym razie Lina, w najgorszym Lyana)
- Twojej przyjaciółki, zapalonej poszukiwaczki przygód, Lizy
- Trochę pieniędzy, bo na nocleg i tak nie wystarczy, a ubrań pod koniec wyjazdu będzie pod dostatkiem)
- Plecaka lub torby z najpotrzebniejszymi rzeczami (swoją drogą, pieniądze będą potrzebne na to, co szczęśliwie zapomnisz w domu... za to weźmiesz ze sobą nikomu niepotrzebną, ale ciężką prostownicę do włosów i będziesz cały czas marudzić, jaka ciężka jest torba)
No, spakowałyście się, z poprzednich doświadczeń z Greyhoundem wiecie, że to droga firma, i ruszacie do Chinatown pociągiem B lub D do stacji Grand Street.
Tutaj jest wiele wspaniałych biur, które dowiozą was do Bostonu za dwudziestkę, a autobusy kursują co godzinę i pod względem komfortu wcale nie ustępują Greyhoundowi, bo Chińczycy są pracowici!!)))
Zapomniałam też o tym, że zarówno ty, jak i twoja przyjaciółka musicie być niewyspane, bo w Nowym Jorku spanie to tylko strata czasu! - to złota zasada.
Wskoczyłyśmy do autobusu i mamy 4 godziny na odespanie. Po raz kolejny, gdy podróżujesz, zdajesz sobie sprawę, że Amerykanie nawet za miastem koszą trawniki... Zabawne.
Nie wiem dlaczego, ale tak mnie śmieszyłyśmy)) Kiedy wysiadłyśmy z autobusu i w końcu do nas dotarło, że jesteśmy w nowym mieście, bez ani jednego znajomego, bez mapy... nie załamałyśmy się, Amerykanie to przecież dobrzy ludzie (no, my na takich trafiłyśmy) i pierwszy napotkany policjant dał nam każdej mapę miasta i metra, a nawet wyjaśnił, gdzie jesteśmy i jak dostać się do centrum (długo nie mógł zrozumieć, o które centrum nam chodzi, ale potem dotarło do niego, że o turystyczne).
Ja, jako odpowiedzialna osoba, wyrwałam z książki „Odkryj Amerykę” strony o Bostonie i dokładnie wiedziałyśmy, co chcemy zobaczyć! Tak więc jesteśmy już w najstarszym i najsłynniejszym parku w mieście, tutaj gdzieś powinny być pomniki masakry bostońskiej i pomnik poświęcony Deklaracji Niepodległości (jako przyszłej prawniczce międzynarodowej ciekawie było mi zobaczyć ten pomnik).
W tym samym parku znalazłyśmy centrum turystyczne i zgarnęłyśmy mnóstwo makulatury o muzeach Bostonu i wycieczkach. Zapaliłyśmy się do chęci zobaczenia czarownic z Salem...))))
Ach, w drugiej połowie dnia nie zapomnijcie pomyśleć, gdzie będziecie nocować!!! To ważne, bo dworzec autobusowy nie wchodzi w grę))
Potem postanowiłyśmy pojechać na Uniwersytet Harvarda... mmmmm, to jest to, dla czego tak bardzo chciałam do Bostonu! Marzenia... być blisko Harvard Law School... spełniły się, tam, gdzie uczyła się „Legalna blondynka”... oczywiście nie to jest najważniejsze, że uczyła się tam Elle Woods, ale to, że dotknęłam siedliska wiedzy, może kiedyś będę tam studiować (kiedy uzbieram szaloną sumę dolarów=))).
Po kampusie chodziłyśmy z otwartymi ustami, no bo to Uniwersytet Harvarda, to całe mini-miasteczko, gdzie są tylko studenci i wykładowcy, gdzie jest zupełnie inne powietrze i atmosfera... Zrobiłyśmy sobie zdjęcia z pomnikiem Johna Harvarda, potarłyśmy jego but (widziałyśmy, jak robili to absolwenci z rocznika 19-któregoś, najwyraźniej tego dnia było spotkanie i uznałyśmy, że to dobry znak... ale jak się później okazało... niezbyt dobry, miejscowi studenci powiedzieli nam, że jest tradycja, że studenci pierwszego roku sikają na but Harvarda...).
Kiedy zaczęło się ściemniać, przypomniałyśmy sobie, że trzeba by zapytać, gdzie są tu hostele))) Wtedy zauważyłyśmy, że ulicą idzie osioł... a dokładniej chłopak w kostiumie osła. Oczywiście chciałyśmy zrobić sobie z nim zdjęcie))) Osioł nie miał nic przeciwko, jego zapytałyśmy o nocleg. Osioł okazał się bardzo miły i powiedział, że nam pomoże i nie zostawi na ulicy, a przy okazji oprowadzi po uniwersytecie))
Pokazał nam lokalne akademiki... a teraz trzymajcie się!! Gdybyśmy miały takie akademiki, wydaje mi się, że wszyscy by w nich mieszkali!! To po pierwsze bardzo piękny budynek, z dużymi pokojami dla dwojga, po drugie z własną łazienką i toaletą, które są bardzo czyste i schludne, oraz z różnymi pokojami do wypoczynku... Byłam w szoku) a jeszcze mają ogromną stołówkę (trafiłyśmy tam następnego ranka), gdzie jedzą za darmo... i my też tam jadłyśmy... swoją drogą, jest tam szwedzki stół... Oczywiście nie odpuściłyśmy i na śniadaniu wzięłyśmy pełną tacę wszystkiego!! Jeśli zwykły student wychodził z talerzem owsianki i połówką grejpfruta oraz szklanką soku lub kawy, to rosyjskie studentki wzięły wszystko i więcej... 2 szklanki soku, owoce wszelkiego rodzaju, 2 naleśniki, jogurt, ziemniaki z kotletem, jajecznicę i muffinkę... nieźle jak na śniadanie?? Jadłyśmy to długo, ale wytrwale!!))) no chłopaki, za darmo przecież))))
W akademiku, w przejściach między budynkami, wszystkie ściany są pomalowane, a my znalazłyśmy nawet napis w języku ukraińskim! A jeszcze przedstawiono nas trzem dziewczynom, które są rdzennymi Amerykankami, ale uczą się rosyjskiego!!! Byłyśmy mile zaskoczone, słysząc, że jedna z nich mówi po rosyjsku genialnie!! Początkowo nie wierzyłyśmy, że jest Amerykanką, bo akcent jest zupełnie nieistotny, opowiedziała swoją historię, że w 6 klasie wybrała naukę rosyjskiego i bardzo jej się podoba, nawet jeździła mieszkać do Petersburga)))
Ogólnie rzecz biorąc, pierwszy dzień w Bostonie, w stanie Massachusetts minął magicznie!!! Skończył się tym, że zaproszono nas na prawdziwą imprezę studencką... dlaczego mówię prawdziwą? Bo to była real American student party)) wszyscy widzieli w amerykańskich filmach imprezy, gdzie mnóstwo ludzi zbiera się u kogoś w domu, muzyka, czerwone jednorazowe kubki do picia i alkohol? Oto, to było tak samo)) z taką samą wesołą atmosferą)) Swoją drogą Molly, dziewczyna świetnie mówiąca po rosyjsku, jest nawet na VKontakte!! To ona przygarnęła nas w swoim pokoju))
Ciąg dalszy nastąpi...

