Te słowa piszę, siedząc na schodach między pierwszym a drugim piętrem, przed klimatyzatorem, który ledwo dmucha. Krok w lewo, krok w prawo i wpadnę do piekielnego pieca. Upał pod 40 stopni. Nieważne. Tydzień temu był całkiem niezły przedświąteczny nastrój, w końcu zbliżał się Dzień Niepodległości. 4 lipca, poranek niczym się nie wyróżniał, wszystko jak zwykle. Około obiadu ruszyłem na Brighton, bo miałem chytry plan pójść na plażę, poleniuchować, a potem zwinąć się do centrum. Na plaży było świetnie, choć dość tłoczno... tym weselej. Słońce praży, woda chłodna, krótko mówiąc, super. Po kąpieli ja i kapitan Ravshan ruszyliśmy na Manhattan. Wrażenia zaczęły się już przy wejściu do metra. Tyle ludzi na peronie nie widziałem nigdy. Chodzi o to, że pociągi jeździły według rozkładu weekendowego... według super weekendowego rozkładu, raz na 30 minut. Przy czym nie po swoich torach, omijając połowę stacji (tym lepiej dla nas). Ale najśmieszniejsze jest to, że kiedy cała ta masa zaczyna pchać się do i tak już zapchanych wagonów, maszynista pociągu ogłasza przez głośniki: „gdzie wy się pchacie, za mną jedzie pociąg, który jest w połowie pusty”. Najzabawniejsze, że ludzie słuchają i nie wsiadają.
Na Manhattanie zator. Tłum ludzi tłumaczył się tym, że o 21:00 na 11. Alei, od 36. do 60-którejś ulicy, miały być fajerwerki. Firma Mecy’s jest inicjatorem tego wydarzenia i co roku ładuje w to milion dolarów. Dlatego był bodziec, żeby zobaczyć tę wielką uroczystość. Dochodząc do 11. Alei, poczułem się jak na Stadionie Olimpijskim na koncercie Slipknot. Ludzi było po prostu nierealnie dużo. Ale haczyk w tym, że dalej niż 11. Aleja nie dało się przejść, na całej szerokości stały kordony policji. Mniejsza z nimi. Ale na każdej ulicy stoją takie wieżowce, przez które nawet jakbyś bardzo chciał, żadnych fajerwerków nie zobaczysz. W ten sposób szliśmy dalej ulicami w poszukiwaniu najlepszego punktu widokowego. Razem z nami 100500 tysięcy ludzi też próbowało znaleźć dobre miejsce. Pomijając zbędne szczegóły, powiem, że nic nie zobaczyliśmy, tylko słyszeliśmy. Milionem dolarów, szczerze mówiąc, tam specjalnie nie pachniało, chociaż po fajerwerkach śmierdziało tam bardzo długo. I tysiące, tysiące ich... nie da się przejść. Krótko mówiąc – Dzień Niepodległości Ameryki to największy trolling, jaki kapitan kiedykolwiek widział. Za to później w McDonaldzie odegraliśmy się na tych Amerykańcach, nie będę wchodził w szczegóły xDDD.
Do domu znowu nie dotarłem, bo akurat mój autobus (żaden z pięciu) nie jeździ w nocy, ani z Brooklynu, ani z Manhattanu. Za to następnego dnia znowu imprezowaliśmy na plaży, pewien bardzo dobry kumpel pokazał mi świetne miejsce, gdzie oglądaliśmy zachód słońca, popijając rumem.
Czas leci bardzo szybko.



