09/02/2010
Dzień ferii zimowych... wszystko spokojne i jakoś nawet nudne.
Sprawdzam z przyzwyczajenia skrzynkę pocztową, tam list od IEC. Czytam zawartość..
Koniec spokoju i nudy! O nie, za tydzień mam rozmowę w konsulacie! A ja nawet nie jestem gotowa moralnie... a w ogóle jestem 3 tys. km od Jekaterynburga!!! A trzeba jeszcze wpaść do Omska, zamknąć sesję. Do Omska 2 doby, potem z Omska 12 godzin do Jekaterynburga... wybuch mózgu, całkowity...
Gorączkowe poszukiwanie biletów, ustalenia z przyjaciółmi i dopiero wieczorem trochę się uspokoiłam... ale trząść mnie mimo wszystko nie przestawało...
Od 09/02/2010 do 13/02/2010 przetrawiłam mnóstwo informacji z przeróżnych forów i stron. O znajomości angielskiego, o przykładowych pytaniach, o tym co i jak...
Dlaczego tak się denerwowałam, do tej pory nie mogę zrozumieć, przecież już wcześniej przechodziłam rozmowę w ambasadzie... ale wtedy tak nie panikowałam...
13/02/2010 wsiadłam do pociągu... i pojechałam... przez całe życie nie przetłumaczyłam tyle tekstu na angielski, ile przetłumaczyłam przez te dwie doby...
14/02/2010
Jestem w Astanie... trzeba doczekać następnego pociągu... i to nie są walentynki, kiedy siedzisz na dworcu cały dzień w obcym mieście...
15/02/2010
W końcu jestem w Omsku.. w bardzo strasznym stanie (po 2 dobach w pociągu), musiałam iść na uczelnię, zamknąć sesję... dobrze, że wszystko poszło szybko.
Trzeba jeszcze spotkać się z przyjacielem, który kupił dla mnie bilety do Jekaterynburga. On też wyróżnił się oryginalnością – postanowił oddać mi bilety na degustacji piwa. Możliwe, że to nie było takie złe, piwo trochę mnie rozluźniło i złagodziło moje strachy i obawy.
I tak, 22:30 czasu omskiego.. wchodząc na dworzec słyszę tu i tam: masz już ofertę?/ tak, tak, ja też jadę jako lifeguard!/ my name is.../ konsul/konsulat itd.
Tak, jest nas takich wielu )))... dokładniej, tego dnia wyjeżdżało 28 osób z Omska, prawda, część z nas wyjechała jeszcze w dzień, a druga część wyjeżdżała w nocy...
Poznawszy chłopaków, którzy jechali sami (ja jechałam z przyjacielem), wszyscy poszliśmy na peron.
Wieczór był napięty. Kolejne czytanie broszury o naszych prawach, powtórki pytań, angielska mowa.. dokładniej łamana parodia angielskiej mowy w całym wagonie.. i sąsiad - żołnierz po służbie... który całym swoim istnieniem negował możliwość naszego wyjazdu... tak, nie wyginęli jeszcze patrioci na Rusi =)))
Wszyscy zgodnie zauważyliśmy, że rozmawiać po angielsku jest o wiele wygodniej, kiedy nie chcesz, żeby rozumieli cię otaczający.. ))) Z tą myślą zasnęłam...
16/02/2010
Sądny dzień
Po przebudzeniu ucieszyłam się, że nie było już obok tego sąsiada. Za oknem była zamieć. Nastrój - nie za bardzo...
Po wypiciu herbaty z chłopakami.. znowu coś tam sobie nagadaliśmy. I zaczęliśmy się zbierać. Dla mnie ta podróż była dziwna jeszcze tym, że w ogóle nie brałam ze sobą żadnych rzeczy, oprócz dokumentów. Nigdy wcześniej nie podróżowałam tak na lekko. Okazało się - to jest takie świetne!
Wychodząc z dworca, trochę się pogubiliśmy, jak dojść do metra. Ale potem, gdy już zrozumieliśmy, szybko dotarliśmy do konsulatu. Ale czasu do rozmowy mieliśmy jeszcze dużo i poszliśmy ogrzać się do najbliższej kawiarni.
Przeszliśmy tam znowu sesję "wspólnego trzęsienia się" i o 13:30 ruszyliśmy w stronę konsulatu. (rozmowa była wyznaczona na 14:00)
Przy konsulacie spotkaliśmy się z drugą częścią omszczan i dowiedzieliśmy się o kolejności wejścia.
Było bardzo zimno czekać. Tak zmarzłam, że nie rozumiałam, od czego drżę, od zimna czy od emocji. Wszyscy zostawiali torby na ulicy, a my (którzy jeszcze nie weszli) pilnowaliśmy ich. Stałam na ulicy od 13:30 do 14:50 na 10-stopniowym mrozie. To bardzo długo i zimno. I w końcu przyszła moja kolej.
Z powodu tego, że ręce bardzo zmarzły - nie pobierały się odciski palców. A młody człowiek w okienku nr 2 powiedział, żebym ogrzała ręce i potem sam konsul pobierze ode mnie odciski.
Kiedy przyszła moja kolej, zawisła długa pauza. Konsul długo coś czytał (widocznie jakąś informację na temat mojej poprzedniej podróży). Już zdecydowałam, że wizy nie zobaczę.
Potem zawołał mnie do okienka nr 2, żeby pobrać odciski. Znowu się nie pobierały.. w ogóle, ledwo po 6. lub 7. razie w końcu się pobrały. Konsul jeszcze zażartował: Masz dzisiaj problemowy dzień! (to oczywiście nie dodało mi optymizmu).
Potem zaczęła się sama rozmowa.
Pytali, dokąd jadę. Gdzie będę pracować. Jak znalazłam pracę? Gdzie będę mieszkać, gdzie mieszkałam ostatnim razem. W którym roku kończę uczelnię i na jakim kierunku studiuję.
W zasadzie wszystko było zrozumiałe. On mówi bardzo wyraźnie.
Konsul - bardzo przyjemny człowiek, do tego był w cudownym nastroju.
Po wszystkich tych pytaniach życzył mi "have a nice trip!"!
"Thank you so much!" - mówiłam odchodząc.
Emocje oczywiście dały o sobie znać - kiedy wyszłam po rozmowie, zapomniałam, że podpisałam się na DS-2019.. potem wróciłam i powiedzieli mi, że wszędzie się podpisałam i wszystko jest w porządku.
W ogóle nie denerwujcie się! To na darmo.
Ubierajcie się cieplej!
Torby - minimalne. (my je w ogóle wszystkie zostawialiśmy na ulicy)
Jeszcze trochę pokręciliśmy się po mieście i zmęczeni wsiedliśmy do pociągu.. byłam wyczerpana, ale bardzo zadowolona, że ten wielki etap został zakończony...
Teraz pozostawało tylko czekać na paszport z powrotem...

