26 września 2008 r. WYCIECZKA PO TOWNSHIPACH. Nigdy w życiu nie odbyłem bardziej niezwykłej wycieczki. Teraz, analizując to, co zobaczyłem, patrzę na wszystko inaczej. Słuchajcie, niesamowita szczerość Afrykańczyków po prostu mnie dziś powaliła.
O’key — wszystko po kolei...
Swoją drogą, nie martwcie się i nie przejmujcie, jeśli po tym aktywnym tygodniu wpisów nagle zniknę. To oczywiste: były tu różne wycieczki, droga, wiele wydarzeń. Prędzej czy później zacznie się codzienność. Czy na to liczę?.. Po prostu, tak może się zdarzyć. Będę zajęty szukaniem mieszkania i pracy.
Do rzeczy: rano odebrali nas z „Ashanti” — naszego hostelu — i zabrali na wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do muzeum historii miasta i lat apartheidu, a potem... U-u-u! Pojechaliśmy po pewnych... że tak powiem... miejskich slumsach. I zobaczyliśmy drugą stronę cywilizacji. Ciekawie jest to wspominać, ale nie było zbyt ciekawie to zobaczyć, powąchać, zrozumieć i... coś jeszcze... Oczywiście, dawno przyzwyczaiłem się do naszych szop za łaźnią i w ogóle nie zauważam ich nędzy. Czasami nawet zapominam, że istnieją (choć moje mieszkanie też nie błyszczy...). Krótko mówiąc — no, różnie bywa. Ludzie żyją różnie. I tutaj nędzy, biedy i niechęci do ludzi nie brakuje. No, sami oceńcie: od zakończenia apartheidu minęło piętnaście lat. My do tej pory nie możemy wybaczyć i do końca zaakceptować Niemców po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej i do tej pory patrzymy na nich krzywo. A tutaj... Ale mimo wszystko, chłopaki! Ja w życiu nie widziałem tak miłych (nie, no naprawdę!) czarnych. W Ameryce większość — no, jakby dopiero co zeszli z palmy. A tutaj pełno jest wychowanych i absolutnie adekwatnych. Nie można tego nie zauważyć. Tak jak z drugiej strony, nie można nie zauważyć masy żebraków, bezdomnych i, co za tym idzie, chuliganów. Moja przyjaciółka Olga przed wyjazdem mówiła mi: „Od dzieciństwa jakoś przyzwyczaiłam się do słów z piosenki „Dzieci, nie chodźcie na spacery do Afryki!” Dzisiaj w townshipach sobie to przypomniałem. Ale potem pojechaliśmy do lokalnego przedszkola. I bawiliśmy się z dziećmi. I to było jak bezsłowne: „Tu też jest życie! I radość. I dzieci!” Prawda, nie chciałem się z nimi bawić ani brać ich na ręce. Nie potrafię tak od razu, a tym bardziej, gdy jest ich krzycząca chmara. Muszę trochę poznać i przyzwyczaić się do dziecka albo żeby od razu bardzo mi się spodobało. A kiedy jest ich tłum, wszyscy skaczą na ciebie, piszczą — trudno wybrać. Inna sprawa to dzieci przyjaciół i krewnych. Do nich jestem przyzwyczajony i je kocham. Tak samo z dorosłymi: przecież nie będziemy rzucać się w objęcia pierwszemu lepszemu tylko dlatego, że tak nam się zachciało!
URRA! ZNALAZŁEM ROSJAN!
Nowina po prostu mega, co nie? Jedna sprawa, kiedy znalazłeś ich w Anglii czy Ameryce (gdzie jest ich pełno), a zupełnie inna — kiedy w Kapsztadzie, gdzie oprócz ciebie są jeszcze cztery osoby. Katia i Liza z Magnitogorska, Irina z Wołżskiego (miasto po drugiej stronie rzeki od Wołgogradu) i Lena z Kazachstanu.
Na razie widziałem się i rozmawiałem tylko z Katią. Katia mi się spodobała. Był tu jeszcze Aleksiej, ale już wyjechał (może jeszcze przyjedzie) — jest z Magnitogorska, był pierwszym Rosjaninem z tych, z którymi udało mi się skontaktować, który mieszkał tutaj i pracował w ramach tego samego programu co ja.
KAŻDEGO DNIA ŻYJESZ I SIĘ DZIWISZ
Ciekawie jest być pionierem (albo odkrywcą???). Kogo dzisiaj zdziwisz tym, że jakiś student zebrał się i pojechał do Ameryki? Albo do Anglii? A nawet do Francji, Włoch, Niemiec, Czech? Ktoś się zdziwi, ktoś — nie. A do Afryki?! Wszyscy się dziwili, komu tylko mówiłem o swoim pragnieniu wyjazdu. Chociaż, tak naprawdę, nie wszyscy. Ci, którzy się nie dziwili — byli zdumieni!
SZUKAM PRACY
Chodzę całymi dniami (do niedawna myślałem, że zatrudnię się jako barman) i szukam. Prawdę mówiąc, z trudem wyobrażam sobie siebie jako barmana. Próbuję w kafejce internetowej jako administrator systemu, mam też myśli o fotografowaniu. Wszędzie zostawiam swoje CV.
Słuchałem rano „słonecznych” bardów na laptopie. Podśpiewywałem. Sam poczułem chęć, żeby pośpiewać. Fajnie byłoby wyjść tak do „Victoria Wharf” — to tutejszy, największy na Waterfront (od water — woda i front — przednia krawędź) kompleks handlowo-rozrywkowy (w duchu kilku naszych, czelabińskich) i pośpiewać. Może nawet nie byłbym zbyt nieśmiały. Tam od czasu do czasu ktoś występuje. Szkoda, że nie ma obok przyjaciela, Romy. Z nim na pewno byśmy coś wykonali! Wieczorem z Iriną (tą z Wołżskiego) i Bradem (jej znajomym) poszliśmy do baru karaoke. Nigdy wcześniej nie byłem w takich miejscach. Niektórzy koledzy śpiewali całkiem przyzwoicie. Ale najprawdopodobniej zostali zaproszeni i opłaceni, żeby rozgrzać publiczność. Nie, tak w ogóle to fajnie spędzamy czas. Wróciła Liza z Rosji. Mieszka tu już rok, pojechała na miesiąc do domu, do Magnitogorska. Jest najlepszą przyjaciółką tego samego Aleksieja, o którym wspomniałem wyżej. Studentów z Magnitogorska w ramach naszego programu „Work in South Africa” było tu już czworo. Z Petersburga była jedna dziewczyna — Dasza. Lena, która jest z Kazachstanu, jest teraz w domu, planuje wrócić. A przed Aleksiejem było tu jeszcze dwóch Rosjan. Krótko mówiąc, jestem w ramach tego programu wśród Rosjan gdzieś dopiero ósmym! Fajnie? Nawet dwusetnym być nie byłoby źle... Lizy jeszcze nie znam. Trzeba to koniecznie naprawić!
Padł (zepsuł się) mój laptop przedwczoraj. W ogóle się nie uruchamiał. Dwa dni go naprawiałem, okazało się, że jest mnóstwo zbędnych części. Wszystko wyrzuciłem w diabły, stał się lżejszy o jakieś dwa kilogramy! Bez żartów, ludzie, naprawdę mówię! Wyobrażacie sobie?! Za to teraz zaczął działać jak człowiek. Wyrzuciłem zdechłą klawiaturę (jeszcze z Rosji wziąłem normalną, podłączaną, ze sobą), stację dyskietek, napęd, akumulator. Fajnie, co nie?! Najważniejsze, że teraz ta „odchudzona wersja” działa!
Internet w SASTS jest reaaalnie kiepski. A ich biuro pracuje tylko do piątej wieczorem przez pięć dni w tygodniu. A ja, właśnie, cały dzień do siódmej-ósmej wieczorem jestem zajęty (jak to mówią). I dopiero potem — jestem bardziej wolny (prawo złośliwości, kiedy internetu już nie ma!) 03 października 2008

