Trzy dni niesamowitego wypoczynku w Nowym Jorku dobiegły końca, a ja z przyjaciółką pojechałyśmy na JFK, żeby wsiąść do samolotu i polecieć do Denver w stanie Kolorado!!!
Tam, w samym sercu Ameryki, czeka na nas nasz pracodawca - mam nadzieję, że odbierze nas z lotniska, bo inaczej jesteśmy w kropce....
Kiedy wsiadłyśmy do samolotu, nerwy zaczęły puszczać, wszyscy ludzie byli dziwni - jak z horroru - "Czy w Denver wszyscy tacy są???" Jacyś przygnębieni i starzy...
W Cincinnati była przesiadka, wielkie miasta w iluminatorze zaczęły ustępować miejsca polom i lasom - "Czy w tym odludziu naprawdę może być miasto???"
Przylatujemy do Denver, jesteśmy w szoku - czekamy na lotnisku na bagaże...
Po prostu Denver jest tak inne w porównaniu z Nowym Jorkiem, że w pierwszych chwilach ogarnia przerażenie - do jakiej wioski my przyleciałyśmy..
Czekamy na bagaż, podchodzi do nas jakaś kobieta i nas przytula - O mój Boże, co za życzliwi ludzie)) haha
Później okazało się, że to nasza pracodawczyni)) Przyjechała po nas samochodem, ponieważ lotnisko znajduje się 30 minut jazdy od miasta))
I przywiozła ze sobą swoich dwóch synów (w ogóle ma troje dzieci - jeszcze córkę).
No więc, przedstawia nas dzieciom - "To moi synowie, Louis i Charlie."
Prawie spadłam z krzesła, chociaż krzesła w pobliżu nie było.. - Rzecz w tym, że mam w domu dwa kocury i kotkę, i te kocury nazywają się Louis i Charlie)))
A pracodawczyni kontynuuje: "W domu przedstawię wam jeszcze Lizzy - moją córkę." Koniec, jestem w szoku - imię mojego trzeciego kota)) hahaha
No i zdarzają się takie zbiegi okoliczności - za to wszystkie imiona szybko zapamiętałam)))

