"Jeśli bardzo chcesz, możesz polecieć w kosmos!" - Mądrość ludowa
Irina, Wołżski, obwód wołgogradzki
RPA nie była pierwszym krajem, do którego pojechałam w ramach programu wymiany studenckiej. Wcześniej byłam w Ameryce. Spędziłam tam rok i trzy miesiące. Kiedy dopiero przyjechałam do Stanów, w pierwszej kolejności zaczęłam szukać Rosjan. Miałam wewnętrzne przekonanie, że wszystko będzie dobrze, że nie zginę. Trzeba tylko znaleźć swoich!
W hotelu, w którym się zatrzymałam, najpierw zapytałam obsługę pokoju (room-server), czy zna tu jakichś Rosjan. Odpowiedział, że zna. Poprosiłam, żeby jak najszybciej mnie z nimi skontaktował.
Do dziś pamiętam, jak zobaczyłam Nastię, wyszła z hotelowej restauracji, cała spocona od pracy, w pośpiechu, ale radosna. Poznałyśmy się. I rzeczywiście, jakoś poszło... Tak gładko. Jedna praca, druga, trzecia. Aż zatrudniłam się jako hostessa, w czym pracowałam przez resztę roku.
A w RPA wszystko było zupełnie inaczej! Afryka to zupełnie inny kraj. Pod każdym względem i w każdej relacji!
Tego dnia, kiedy tu przyleciałam, na lotnisku odebrano mnie z godzinnym opóźnieniem, co dało mi powód do zdenerwowania (dopiero później zrozumiałam, że spóźnienia to wizytówka RPA). Powitała mnie jakaś starsza Hinduska w chuście, która wprawiła mnie w zakłopotanie swoim wyglądem. I to jeszcze w prehistorycznym samochodzie. Ale tak wcisnęła pedał gazu, że dotarliśmy na miejsce w jakieś dwadzieścia minut! Przywieźli mnie do tych "luksusowych apartamentów" zwanych "akademikiem studenckim". Wokół wszystko z drewna – drzwi, podłoga, ściany; trzy łóżka piętrowe, szafa.
Pierwszą osobą, którą spotkałam, była czarnoskóra, ciężarna, bezzębna recepcjonistka na dole. Pokazała mi pokój. Wiedziałam oczywiście, jak wszystko będzie wyglądać, ale co innego wyobrażać sobie, a co innego odczuć na własnej skórze.
I wpadłam w depresję. W głowie kołatało: "Muszę pilnie coś zjeść! Poprawić sobie humor!" Poszłam wzdłuż Main Road. Idę, zaglądam tu i tam. I nie wiem, gdzie wejść, co kupić. Jeszcze myślę: "Muszę zadzwonić do mamy!"
Szłam, szłam, weszłam do jednego sklepiku "Cell-phone", próbowałam poprosić, żeby albo dali mi zadzwonić, albo pomogli ogarnąć "Vodacom" – lokalnego operatora, do którego miałam już kartę SIM. Nie zrozumieli mnie. Zasmuciłam się, idę dalej.
Widzę – inny podobny sklepik. Wchodzę, tam siedzi Chińczyk. Myślę: "No, w ogóle! To już przesada!"
Zaczęłam z nim rozmawiać. Okazało się, że jego angielski nie jest lepszy od mojego. Ale okazał się dobrym facetem, odniósł się ze współczuciem, widać było: próbował pomóc.
Sprzedał mi kartę do aparatu telefonicznego, na rozmowy międzynarodowe. Od razu zadzwoniłam do mamy, poinformowałam ją, jak tu u mnie wszystko dobrze, że bardzo mi się podoba i że jestem ze wszystkiego zadowolona i bezgranicznie szczęśliwa. Po czym od razu zadzwoniłam do przyjaciółki, powiedziałam jej, że mam tu totalną..., przepraszam... W ogóle, przekazałam jej prawdziwą prawdę o swoich odczuciach.
A potem znowu wróciłam do Jackiego, Chińczyka. Powiedziałam, że zadzwoniłam i wszystko w porządku. Wymieniliśmy się numerami telefonów.
Kupiłam jedzenie... No, jakie? Czekoladę, zupkę chińską, chipsy, i coś do picia – kawę, chyba. Od jedzenia zaczęło mnie mdlić.
Następnego dnia Jackie zadzwonił, zaprosił do chińskiej restauracji. Poszliśmy. A następnego dnia miała się odbyć pierwsza wycieczka – do centrum. Rano poczułam się jeszcze gorzej. Pewnie teraz już od chińskiego jedzenia. Ale przyszedł Dale – przewodnik. Wyszliśmy – z dziesięć osób z nim, i ruszyliśmy na wycieczkę w stronę centrum. Dale był cały taki energiczny, wesoły. Przeszłam z nimi dwa przystanki, czuję, że siły mnie opuszczają. Mówię: ja dalej nie idę! Wróciłam do pokoju. Położyłam się. Czułam się źle.
Przeleżałam jakiś czas, myślę: "To nie robota! Po co leżeć?" Zebrałam się, znowu poszłam do Jackiego. A iść nie było do kogo, a on stał się prawie jak rodzina. Pocieszał mnie. Wieczorem kupił owoce, zaproponował wyjście na brzeg. A ja właśnie bałam się cokolwiek jeść poza owocami, a byłam głodna. Siedzieliśmy z nim nad oceanem, jedliśmy pomarańcze. I poczułam się lepiej. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Przez ten cały czas schudłam jakieś pięć kilogramów!
Zaczęłam szukać pracy. Chodziłam po mieście, wszędzie zostawiałam CV. W zasadzie chciałam zatrudnić się w recepcji – to praca w hotelu. Witać gości, przydzielać pokoje, pilnować porządku i tym podobne.
Równolegle zapytałam też w sklepie, gdzie zawsze kupowałam jedzenie, czy nie znajdzie się tam dla mnie jakaś praca? Właściciel powiedział, że nie, ale przedstawił mnie Joe, szefowi warsztatu naprawy motocykli, obok sklepu. Joe z kolei jakoś mgliście powiedział, że są tu też rosyjskie dziewczyny i praca w jednym nocnym klubie, gdzie dobrze płacą. Nic nie zrozumiałam, bo opisał wszystko bardzo mgliście...
Z recepcją nie bardzo mi wychodziło. Ostatnią rzeczą, której spróbowałam, była restauracja "Oi-Yo", gdzie Aleksiej pracował jako barman, a Katka zatrudniała się jako hostessa (witająca i żegnająca gości), a później zatrudniła się i pracowała tam ponad pół roku.
Ja też próbowałam w "Oi-Yo". Zostawiłam swoje CV, ale nie oddzwonili. Wróciłam do Joe, wypytałam go konkretniej o ten klub, o którym tak przejrzyście wspominał. Okazało się, że to był striptiz-klub. "Kurczę!" – pomyślałam najpierw. Ale kiedy okazało się, że można tam zatrudnić się jako kelnerka, postanowiłam przynajmniej pojechać, dowiedzieć się. Joe mnie zawiózł, spotkałam się z Alanem, menedżerem "Mavericks".
Alan zapytał, czy nie chcę tańczyć. Odpowiedziałam: "Nie!"
— Jasne. A jako kelnerka kiedy możesz zacząć pracę?
— Jutro, – mówię.
— Dobrze, – odpowiedział Alan. – Czekamy jutro o piątej. I nie spóźnij się!
I poszło! Od razu mnie przyjęli, bez żadnych rozmów i obietnic "jak coś, to oddzwonimy". Zarabiałam dobre pieniądze na napiwkach. Okazało się, że wszystko nie jest tak źle i strasznie, jak sobie wyobrażałam. Stopniowo wszystko się znormalizowało i przyzwyczaiłam się.
A z mieszkaniem? Ostatniego lub przedostatniego dnia w hostelu studentka z Anglii powiedziała mi, że tydzień temu była tu inna Rosjanka, Katia.
— Tak? – zdziwiłam się. – A czy mogę się z nią jakoś skontaktować?
Miała też numer telefonu Katii. Zadzwoniłam do niej, opowiedziałam o sobie, zapytałam, czy możemy się spotkać?
Spotkałyśmy się. Katia przyszła z Leszą. Mieszkali wtedy w kilka osób, wynajmowali mieszkanie w Green Point. Zaprosili mnie w gości. Mieszkała z nimi jeszcze Liza, ale ona do tego czasu była już cały czas z Edwardem i praktycznie się nie pojawiała, jej dalsze mieszkanie było pod znakiem zapytania. Dasza, ta z Petersburga, pojechała z przyjacielem podróżować po RPA. A potem wkrótce miała już wracać do domu. Krótko mówiąc, chłopaki mogli mnie przygarnąć. No i przygarnęli. Zaczęłam z nimi mieszkać.
Rok minął. Minął, inaczej nie da się powiedzieć. Wiele się przez ten rok wydarzyło. "Mavericks" rzuciłam całkiem niedawno, a tak to przez cały ten czas tam pracowałam. Zarabiałam normalnie.
Miniony rok przyniósł mi znajomość z masą ciekawych ludzi, żywe wrażenia. I kilka wyjazdów na wakacje. Latałam do Kazachstanu, Ałmaty. Dwa razy do Turcji, do Stambułu i Antalyi. Byłam w Egipcie (tak jak w Turcji, spotkałam się tam z mamą, spędziłyśmy wspólne wakacje). Z pięć razy skoczyłam do Johannesburga, do przyjaciół. Do Pretorii raz, dwa razy do Durbanu. Byłam na pustyni w Namibii. Podróżowałam po okolicach Kapsztadu niemało. W ogóle, fajnie podróżowałam.
RPA to wyluzowany kraj. Nikt się tu nigdzie nie spieszy. Ludzie obiecują bardzo wiele rzeczy, ale z tych obietnic nie ma pożytku. Dorosłam tutaj, jakoś poważniej zaczęłam patrzeć na życie.
Podoba mi się tutaj! Podoba mi się ten kraj. Jest piękny. Nie potrafię konkretnie powiedzieć, co dokładnie mnie tak oczarowało... I ludzie, i przyroda... tak, wszystko razem! Może dlatego nie wykluczam możliwości pozostania tu na zawsze.
Ze wszystkich podróży, wszystkich moich wyjazdów w ciągu roku życia w RPA, najbardziej polubiłam pustynię w Namibii! Nigdy jej nie zapomnę i ciągle wspominam. Imponuje mi wszystko, co związane z pustyniami. Byłam jeszcze w domu, słyszałam o Angelinie Jolie. Jest ambasadorem – ambasadorem dobrej woli ONZ, pomaga ludziom, adoptuje dzieci. I widziałam program o niej, zdjęcia – jeździła z Bradem Pittem do Namibii. Byłam pod wrażeniem piękna tego kraju i zapaliłam się chęcią koniecznie tam pojechać!
I pojechałam. Jest tam cicho, spokojnie. Niezwykłe miejsce!
Oto. To o mnie. A co mogłabym doradzić przyszłym uczestnikom programu?
Najważniejsze – wierzcie w siebie! Odnoście się do życia optymistycznie i, oczywiście, starajcie się! Bez pracy nie ma kołaczy!
Jeśli wasze cele nie są związane z robieniem tu kariery, jedziecie odpocząć i po prostu chcecie, powiedzmy, zatrudnić się jako kelner – nie sprawi to większego trudu i, w zasadzie, przyniesie normalne jak na lokalne standardy pieniądze. A jeśli chcecie zrobić w RPA karierę – trzeba będzie się napracować! Nie jest tu łatwo, oceniam po własnym doświadczeniu.
Powodzenia! I wspaniałych wrażeń!




