Nasze miasteczko zmieniło się z dnia na dzień.
Na ulicach wyrosły namioty i stragany. Gdzieniegdzie na chodniku ustawiane są rzędami plastikowe krzesełka; pojawiły się nawet kosze na śmieci, choć bez nich wszystko było idealnie czyste. Swoją drogą to paradoks, jak to możliwe – nie wiadomo. Wszędzie rozwieszone są banery i plakaty; nawet lokalny kościół katolicki organizuje obiad i rekrutuje z tej okazji wolontariuszy. Stadiony przestały być stadionami: zwieziono na nie atrakcje, karuzele i trampoliny, ustawiając je prosto na środku, na razie trochę chaotycznie. To samo stało się z boiskami sportowymi. Na razie wszystko to jest puste.
Od piątku do niedzieli ludzie z różnych zakątków stanu Maine będą próbować zmieścić się w małym Yarmouth na coroczny Clam Fest. Spróbujcie wyobrazić sobie efekt specjalny, jak w Titanicu, kiedy pokład statku „ożywa” z teraźniejszości w przeszłość. Za tydzień wszystko to wypełni się ludźmi – i nabierze sensu.
Za tydzień – wyobrażacie to sobie? A poziom przygotowań przypomina finał Mistrzostw Świata w Quidditchu.
Próby ustalenia przyczyny, dla której ludzie z całego kraju zjadą się do małego miasteczka, zakończyły się fiaskiem. Zrozumiałam, że chodzi o sam jarmark, zakupy, atrakcje, pyszne jedzenie i tradycję. Zobaczymy, zapowiada się ciekawy reportaż.
A w pracy od czerwca mówi się tylko o Clam Fest. Spodziewany jest niespotykany rush i ziemniaki, ziemniaki – wygląda na to, że ciągle w czterech koszach.
Cóż, buena suerte para todos de nosotros.



