Moja podróż zaczęła się w momencie, gdy przyjechałam do stanu Maryland, gdzie pracowałam. Mieszkałam w małym miasteczku Laurel i pracowałam jako ratownik na basenie. Dla mnie praca ratownika nie była pracą, a wakacjami. Cały czas pływałam i się opalałam. Ponieważ byłam jedynym ratownikiem na basenie, musiałam cały czas rozmawiać z odwiedzającymi, co bardzo poprawiło mój angielski; sami odwiedzający często mnie poprawiali i uczyli, jak poprawnie wymawiać słowa. Nauczyłam się też trochę hiszpańskiego. Miałam wielkie szczęście do odwiedzających, zawsze mi pomagali, kupili mi nawet rower, żebym nie musiała chodzić pieszo. Po prostu ich uwielbiam. Przed wyjazdem bardzo płakałam, ciężko było się z nimi rozstać.
Najtrudniejsze było przejście kursów ratowniczych. Musieliśmy wyciągnąć 120-kilogramowego człowieka z dna, przepłynąć z nim i udzielić pierwszej pomocy. Do tej pory nie wierzę, że to zrobiłam. Teraz jestem certyfikowanym ratownikiem.





