Autobus jechał całe 17 godzin... To jeszcze nic, ale moją sąsiadką okazała się gruba czarnoskóra kobieta, której tyłek nijak nie mieścił się na jednym miejscu. Co więcej, wyraźnie cierpiała na nietrzymanie moczu, bo co pół godziny biegała do toalety!
Ale oto za oknem zaczęły pojawiać się palmy, zrobiło się wyraźnie cieplej. Floryda, najbardziej słoneczny stan Ameryki. Domyślałem się, że autobus nie zatrzyma się w centrum miasta, a na dodatek w jakiejś chińskiej dzielnicy. Och... Jakże wiele nie wiedziałem...
Wysiadłem z autobusa, spojrzałem na ulicę i... cholera jasna! Jestem w czarnej dzielnicy... I to wyraźnie gdzieś na obrzeżach...
W zasadzie decyzja, którą podjąłem, okazała się słuszna – nie myśleć. Tak jakoś łatwiej. Wszedłem do pierwszego lepszego sklepu spożywczego, kupiłem za dolara 3 ogromne dziwne banany i przepyszny sok kokosowy. Mmm... Rozumiem, dlaczego w Ameryce jest więcej grubych ludzi niż w Rosji. Jedzenie w USA to osobny temat. Jest po prostu niesamowite. Ciastka rozpływają się w ustach, snickersy jak u nas w latach 90., nawet lepsze, chipsy, to wcale nie te wstrętne Lays, to boskie chipsy...
Ale wróćmy do rzeczywistości. A ta nie należała do najlepszych. Usiadłem na ławce, zjadłem banany, wypiłem sok. I znów pojawiło się pytanie: Co dalej? Tym razem nie było fajnie. Jestem sam, wokół czarnoskórzy i nie wszyscy mają przyjazne twarze. Gdzie iść? Jak znaleźć ten cholerny hostel, do którego znam tylko adres? Dlaczego nie ma tu metra? Dobra, dlaczego tu NAWET nie ma autobusów? Jeszcze ta ciężka torba, która w 2 dni rozbiła mi ramię do krwi.
W rezultacie za główny cel postawiłem sobie wydostanie się z tej dzielnicy przed nadejściem nocy. Na moje pytania do przechodniów, JAK dotrzeć do hostelu pod ten adres, albo rozkładali ręce, albo mówili "go straight, far far away". Na szczęście po 2 godzinach stosowania się do rady "go straight, far far away" spotkałem Amerykanina żującego cheeseburgera, który bardzo mi pomógł (Amerykanin, nie cheeseburger). Najpierw zadzwonił do swojego syna, który okazał się byłym gliniarzem. Ten dowiedział się, gdzie znajduje się ten hostel. Odpowiedź była niepocieszająca: iść około 14 godzin w upale z ciężką torbą. Zdarzają się jednak dobrzy ludzie. W rezultacie doszliśmy z tym Amerykaninem do jego domu, pokazał mi swoje apartamenty, dał wodę i podwiózł do hostelu. Na to wszystko poświęcił około 5 godzin swojego czasu. Śmiesznie było, siedząc w samochodzie na tylnym siedzeniu, słuchać, jak mówili o mojej sytuacji: "Oh, man, you are crazy!"
Przyjechawszy do hostelu około 9 wieczorem, czekałem jeszcze godzinę na właściciela i wynająłem pokój na 3 dni, w którym mieszka jeszcze 7 osób.
Całą następną noc i pół dnia przespałem. Wieczorem poznałem dziewczyny mówiące po rosyjsku, ale nie z Rosji. Tak się cieszyłem, że słyszę rosyjską mowę...
Teraz w Orlando jest 23:36. W Wołogdzie 7:36.
Jutro będzie nowy dzień=)



