Obudziłem się w hostelu w Chelsea – masakra. Piszę to na podstawie wspomnień sprzed prawie miesiąca – ale wtedy byłem jak wściekły kociak – błąkałem się tu i tam, niewyspany, nieumyty jak należy i zmęczony jak pies po rajdzie zaprzęgiem na biegun północny. Znalazłem Wi-Fi – znalazłem mieszkanie – okazało się, że jakiś facet szuka współlokatorów do studia w West Harlem – Morningside, obok Uniwersytetu Columbia. No, myślę sobie, co mi szkodzi – po dobrej półgodzinnej rozmowie z tym bratem (nazywa się zresztą Serega) pognałem do Harlemu – i co widzę – warunki jak w raju, za jedyne 2000 dolarów miesięcznie. Krótko mówiąc, po krótkiej naradzie z Seregą wymyśliliśmy bardzo sensowny system płatności – 2000 miesięcznie to wychodzi 66,66 dziennie, a potem dzielimy tę kwotę na liczbę mieszkańców. Ponieważ planowano 6 osób, planowany czynsz wynosił 11,11, co jak na Manhattan jest bardzo, bardzo dobrze. I nawet w momencie, gdy było nas tylko dwoje, płaciłem tylko 33,33 – tyle samo co w hostelu, ale w lepszych warunkach. Cholera, jak to wszystko jest nudne z tymi liczbami. No, do diabła z tym, dzień później wprowadził się do nas kolejny współlokator – Vova, dzień później przyjechała Irina, potem przyjechali Anton i Pasha. Wszyscy to wspaniali ludzie, ale ze swoimi, khm, dziwactwami.
Ale to wszystko nie jest interesujące, oto co było ciekawe – wycieczka na nocny Times Square. Cholera, tysiące razy mi o tym opowiadano, a mimo to zobaczenie tego na własne oczy było mega-fajne. Tłumy ludzi, mnóstwo reklam, limuzyny, samochody sportowe, policja, bilety, narożne budynki w kształcie „żelazka”, bilety... do diabła z tymi wyliczankami, to trzeba zobaczyć samemu – przyjeżdżajcie i patrzcie!
Tak, co jeszcze było ciekawego... Tak, wiele rzeczy, ale trzeba wszystko po kolei... Więc, parę słów o pracy w Nowym Jorku. Tego lata jest tu tak mało pracy, że można uznać, że jej w ogóle nie ma. Na Craigslist ciągle oferują coś lewego, jak płatne szkolenie na ochroniarza, a restauracje też niechętnie zatrudniają – osobiście obszedłem jakieś sto pięćdziesiąt kawiarni i restauracji, zostawiałem CV na busboya, wypełniałem aplikacje, rozmawiałem z menedżerami – i zawsze odmowa. Ale trzeba przyznać, że Amerykanie to naród uprzejmy i życzliwy – i w ogóle się nie spodziewałem, ale prawie zawsze mówią mi „good luck”, moim zdaniem to jak współczucie, jakby bez boskiej interwencji nie dało się znaleźć pracy.
No nic, dzisiaj miałem rozmowę kwalifikacyjną (moim zdaniem nieudaną, chociaż menedżer powiedział mi, że pasuję i będzie mnie polecał, ale razem ze mną rozmowę mieli też Serega i Anton, im powiedział dokładnie to samo, będziemy szukać dalej), jeszcze znajomy dzwonił, mówił, że jest mała szansa na pracę w fabryce. Myślę, że to też nie wypali, jutro znowu pójdę do restauracji prosić o pracę jako busboy. Zostało jeszcze tysiąc nieopowiedzianych historii.
