Za oknem typowy kalifornijski i w ogóle amerykański krajobraz. Jeśli to nie góry z lasami, to półpustynie z polami. W Kalifornii, jak wszędzie w zachodniej części kraju, jest bardzo sucho. Jesienią w miejscu małych jezior zostają tylko ślady wyschniętych glonów. Zielone są tu tylko specjalnie nawadniane obszary, poza tym to sucha ziemia z żółtą, łamliwą trawą o wysokości 10 cm...
I jeszcze fajniej było spotkać na drodze do San Francisco prawdziwe złote pole. Z trawą, choć krótką, ale gęstą, zalaną słońcem i wiatrem, oślepiającą, jak okiem sięgnąć... To pole stało się okładką tego albumu. Nigdzie indziej nie czułem takiej ciszy i zadowolenia z życia. Walisz się na ziemię i gapisz w niebo. Ech...
Potem wstaliśmy i przejechawszy jeszcze 50 kilometrów, zobaczyliśmy na poboczu pomarańczowy raj. W sensie, sad) który zaopatrzył nas w 20 kg pysznych i soczystych pomarańczy. Jedliśmy je potem jeszcze przez 5 dni, ooo, to były najsmaczniejsze pomarańcze, jakie jedliśmy w życiu, i niech ktoś spróbuje powiedzieć, że kłamię...)))
Po kolejnych 50 kilometrach zrywamy kwiaty w ogródku u babci i wpinamy je sobie we włosy.
"If you're going to San-Francisco, you should wear some flower in your hair..."





