Zawsze chciałam trafić na taką typową amerykańską imprezę, ale nam z Aseką się poszczęściło i zaproszono nas nie po prostu na amerykańską, a na amerykańsko-turecką imprezę.) Raz Turcy, z którymi się kontaktowałyśmy, zaprosili nas na tenisa i tam przedstawili nas swojemu dobremu znajomemu, a przy okazji synowi ich szefa. Miał na imię Brad i bardzo nam się spodobał, bo był takim zwyczajnym, miłym facetem bez żadnego głupiego lansu. I oto, gdzieś na początku września, dostałyśmy SMS-a od Turków z zaproszeniem na urodziny tego samego Brada, które organizowali specjalnie dla niego u siebie w domu. Odmówić byłoby głupio, bo to były nasze ostatnie dni w Cody i chciałyśmy spędzić je jak najciekawiej. Problemem dla nas było nie tylko to, co ubrać, ale też to, co podarować Bradowi. Napisałyśmy do Turków, że nie mamy pojęcia, co można podarować takiemu chłopakowi jak Brad... odpowiedzieli, że sami nic mu nie dają i wcale nie jest to konieczne. Ale nie mogłyśmy iść tam z pustymi rękami, więc postanowiłyśmy kupić dobry, duży tort. Idąc do Turków do domu, nie miałyśmy pojęcia, kto tam będzie i co będzie. I dla nas oczywiście wielkim zaskoczeniem było to, że jedynymi dziewczynami tam byłyśmy my... No tak, 7 chłopaków i 2 dziewczyny... co prawda mówili, że dziewczyn miało być więcej, ale z jakichś powodów nie mogły przyjść. Z chłopaków byli tam: Kenan, Mesut, Fatih, Ingin (czwarty Turek, który z nimi mieszkał), Brad (solenizant) i jeszcze 2 przyjaciół Brada, których imiona wyleciały mi z głowy. Najpierw siedziałyśmy, rozmawiałyśmy... potem przyjechał Brad i przywiózł specjalny stół do tenisa stołowego... ale grać zamierzali wcale nie w tenisa, a w jakąś amerykańską grę piwną „Beer pong” (jeśli nie pomyliłam nazwy). Szczerze mówiąc, do tego dnia nie miałam pojęcia, że taka gra w ogóle istnieje. W każdym razie, grać w nią muszą dwie drużyny po 2 osoby. Każda drużyna staje po obu stronach stołu tenisowego i ustawia przy sobie kubeczki tak, żeby powstał trójkąt. Do tych kubeczków nalewa się piwo (ale nie za dużo, bo mało kto dotrwa do końca tej gry). I zaczyna się sama gra: jedna osoba z drużyny stara się wrzucić piłeczkę (do tenisa) do jakiegokolwiek kubeczka przeciwnej drużyny. Jeśli jej się to udaje, to jeden z uczestników drugiej drużyny musi wypić ten kubek piwa... jeśli nie, to gra toczy się dalej, jak gdyby nigdy nic. Przegrywa ta drużyna, która szybciej od drugiej wypije całe piwo.) W każdym razie typowa amerykańska gra. Zaproponowali nam też, żebyśmy zagrały, ale ponieważ nie znoszę piwa, to nalali nam po prostu colę. Prawie wygrałyśmy z Turkami, ale pod koniec nas pokonali.) Kiedy była już 2 w nocy, pożegnałyśmy się ze wszystkimi, jeszcze raz złożyłyśmy Bradowi życzenia urodzinowe i ruszyłyśmy do domu w towarzystwie Mesuta.




