Od połowy lata 2010 roku w mojej głowie codziennie brzmiała ta sama myśl: chcę do Ameryki! Ten pomysł był tak natrętny, że po prostu doprowadzał mnie do szaleństwa. I w tym momencie zrozumiałam, że Work & Travel USA to jest to, czego potrzebuję.
POCZĄTEK
Wszystko zaczęło się, oczywiście, od niekończącego się studiowania sieci Internet. Boże, ile ja stron przejrzałam, w ile linków kliknęłam, przeczytałam mnóstwo blogów, wysłałam masę maili z pytaniami "Co, kiedy, ile?" – innymi słowy, starałam się dowiedzieć jak najwięcej o tym, co to za program i z czym to się je. Ze wszystkich jekaterynburskich agencji oferujących usługę obsługi programu W&T USA, ja i moja przyjaciółka, Ainura (o niej opowiem trochę później), wybrałyśmy Centrum Wymiany Międzynarodowej (Jekaterynburg, ul. Prospekt Lenina 50 ż).
Drugim etapem było przygotowanie i zawarcie umowy o uczestnictwo w programie. To naprawdę najciekawsza procedura! Na początek czytasz i podpisujesz same umowy, a w tym przypadku były dwie: jedna z IEC Jekaterynburg, druga – bezpośrednio umowa o uczestnictwo w programie. Potem idziesz to wszystko pięknie opłacić do banku... Boże, ile razy ja się tam w tym banku podpisałam, ręka mi prawie odpadła! Tamże w banku wyrabiają też międzynarodową legitymację studencką.
Przy okazji, trochę się odwrócę i opowiem o tym, jak odbierałam ISIC. Poszłam go odebrać nie w swoim terminie, a pięć dni później. Był poniedziałek. Wstałam o 6:30 rano, bo musiałam odebrać paszport zagraniczny, a potem już iść do banku po ISIC. Jak pewnie wiecie, w Rosji nic nie robi się normalnie, wszystko ciągle przez jedno wszystkim znane miejsce. No więc, przyszłam na Kryłowa 2 o 8:00, dostałam w terminalu numerek z czasem wydania paszportu. Siedzę, spokojnie czekam. Wywołują mnie, ja ze spokojnym sercem idę do okienka wydawania, i tutaj się zaczyna.... Twój paszport nie jest gotowy, dopiero w środę, idź do inspektora i tam wyjaśniaj, nie wstrzymuj kolejki... Poszłam do tego inspektora, który zresztą okazał się bardzo nawet, ku mojemu zdziwieniu, normalną kobietą. Ta mi popularnie wyjaśniła, że paszportu do środy nie dostanę. Okej. Poszłam do banku. Przychodzę, i co byście myśleli? Mojej karty nie ma! I kiedy będzie, nie wiadomo! No tak... Konkretnie mi tego dnia nie szło. Za to w środę wszystko odebrałam: i paszport, i ISIC. Prawda, w legitymacji studenckiej źle mi wpisali instytut, niezdary jedne, cholera... Ich zdaniem studiuję w EAA, a nie w EASA... No cóż, to Rosja! Trzeba się przyzwyczaić!
Wróćmy do sporządzania umowy. Kwota pierwszej wpłaty wyniosła około 15 000 rubli, co nieźle uderzyło w moją studencką kieszeń. Ale co zrobić, jeśli czegoś bardzo się chce, zawsze trzeba poświęcić coś innego. W moim przypadku tymi "innymi" stały się kawiarnie, kina, koncerty, teatry, książki i wszelkie inne radości życia...
Trzeci etap – to spotkanie wprowadzające z konsultantami IEC. Co na nim będzie, jeszcze dokładnie nie wiem, ale przypuszczam, że mowa będzie bezpośrednio o szukaniu pracy w stanach, wypełnianiu JobOffer, wizie, przelocie, rozmowie w konsulacie USA.
Przy okazji, chcę dodać. Początkowo, jeszcze latem przed podpisaniem umowy, byłam po prostu wniebowzięta wszystkim, co związane z programem W&T USA. Teraz jednak, na zmianę uczuciu "to jest mega super!" przychodzi zrozumienie tego, w co się wpakowałam.
Trzy miesiące we dwie z przyjaciółką w obcym kraju żyć, odpoczywać i PRACOWAĆ! Nie myślę, że wszystko będzie proste, ale nudno na pewno nie będzie. To mogę zagwarantować. ;)
A propos przyjaciółki. Ainura – to moja koleżanka z roku w Jekaterynburskiej Akademii Sztuki Współczesnej (instytut). Prymuska, mądra, piękna, tylko może nie komsomołka! Gdyby nie ona, nie widzieć mi moich ocen w indeksie jak własnych uszu. Ale to nie jest jej najważniejsza zaleta! Podoba mi się w niej to, że nie próbuje wyskoczyć ze skóry, żeby komukolwiek się spodobać, nie próbuje być kimś innym, krzyczeć na całe gardło, przerabiać świata pod siebie. Ona przyjmuje mnie taką, jaka jestem, z całym moim charakterem, którego nawet ja sama nie lubię. Mam wrażenie, że ona jakby żyje w harmonii ze światem, ale nie w tej "harmonii", która nazywa się schizofrenią, a po prostu w harmonii. Takich ludzi jest mało. Trzeba ich chronić i cenić.
Tak, i jeszcze trochę wróćmy do tematu: Ameryko, chcę do ciebie!
Bardzo chcę do Disneylandu!!!!!!!!!!!!! Aż płakać mi się chce i drzeć na sobie ubranie!
Bardzo chcę do Las Vegas! Chce się wczuć w atmosferę życia tego szalonego hazardowego nocnego zwariowanego miasta.... I w ogóle.... Ech, nie będzie u mnie ustrukturyzowanego wywodu. Przenieśmy się do miasta Samara, gdzie niedawno byłam.
Samara to bardzo miłe, trochę spowolnione w porównaniu z Jekaterynburgiem miasto. Ale to, jak by nie było dziwne, najbardziej mi się w nim podoba. Trafiłam tam nie przypadkiem, a na festiwal samarskiej ligi KVN, w którym brałam udział jako aktorka zespołu "Człowiek śmiejący się". Wygraliśmy tam i poszliśmy spacerować po mieście w towarzystwie jednej z lokalnych drużyn. Spacerowaliśmy niedługo, bo do wyjazdu zostało mało czasu, ale w tym odstępie czasu bardzo wyraźnie zrozumiałam różnicę między naszymi miastami. I to jest super! Przecież gdyby wszystko wszędzie było jednakowe, byłoby zupełnie nieciekawie ani żyć, ani podróżować! KVN-owcy, zresztą, okazali się bardzo nawet niezłymi chłopakami... Chociaż, to już inna historia....