Dzień 2
Obudziłem się w szykownych apartamentach instytutu ochrony przyrody i od razu z Anią pojechaliśmy na spotkanie z naszą moskiewską przewodniczką Marią (moją znajomą z Barnaułu, która przeprowadziła się do Moskwy na studia). Pierwsze 2 godziny naszej wyprawy zajęło szukanie biura Work and Travel. Podeszliśmy do ochroniarza z mapą i zapytaliśmy, gdzie jest biuro, bo nie możemy go znaleźć, on odwrócił mapę i pokazał, gdzie mamy iść, aha! oto w czym tkwił powód.
Weszliśmy do biura odebrać koszulki, zapytano nas: „Skąd jesteście?” „Z Barnaułu.” „Skąd??” „Z Kraju Ałtajskiego.” „Kurczę, zaraz sprawdzę, co mamy,” dał koszulki, kontynuowaliśmy naszą podróż, po tym przeszliśmy się po Arbacie, zebraliśmy kupę ulotek z zaproszeniami i wyrzuciliśmy je, zobaczyłem ścianę Coja, w myślach zaśpiewałem piosenkę Kino - Stuk, poszliśmy do Ogrodu Aleksandrowskiego, posiedzieliśmy na trawniku, nie czekając, aż konna policja nas wygoni. Poszliśmy na Plac Czerwony, tam odbywał się koncert Rock przeciw Rakowi, prowadził go Małachow, nie ten, który leczy złamania babką lancetowatą, a ten, który zrobiłby niezłą karierę jako telefonista. Kiedy przechodziliśmy obok tego „rock koncertu”, zapowiadali grupę Tutsi, poszliśmy na most, zobaczyliśmy, jak różowa grupka ludzi (bo koszulki koncertowe były różowe) piekielnie mocno się bawi w pogo. Przeszliśmy się po GUM-ie i pojechaliśmy na MGU, posiedzieliśmy na przystanku przed budynkiem i poszliśmy na Wzgórza Worobiowe. Spojrzeliśmy na Moskwę i zdecydowaliśmy zejść na dół na nabrzeże, przeszliśmy się wzdłuż nabrzeża rzeki Moskwy, szkoda, że nie widziałem 3-okich ryb. Wsiedliśmy do metra, jakże mi zjadła mózg fraza w wagonie: „Szanowni pasażerowie, bądźcie dla siebie uprzejmi, ustępujcie miejsca inwalidom, osobom starszym i pasażerom z dziećmi.” Pojechaliśmy na WDNCh zobaczyć muzeum kosmonautyki, posiedzieliśmy przed pomnikiem, zobaczyliśmy balon przytwierdzony do ziemi, Masza powiedziała, że jeśli zapłaci się im sumę, już nie pamiętam dokładnie jaką, to wypuszczą go w powietrze, ja oczywiście jestem arystokratą z Sitnikowa, ale nie aż tak bardzo. Przeszliśmy się po WDNCh. Nogi już miałem jak z waty, pożegnaliśmy się z Maszą i zdecydowaliśmy dojechać do domu koleją jednoszynową. Kupiliśmy truciznę na targu w stylu pierożków i innych bzdur i poszliśmy do naszego luksusowego apartamentu.

