Ponieważ w 2009 roku korzystałem z usług agencji zajmującej się Work and Travel przez uniwersytet, w 2010 roku postanowiłem być mądrzejszy. Rzecz w tym, że w 2009 roku nie byłem do końca zadowolony z usług, które mi świadczyli, oraz z Job Offer (zaproszenia do pracy), które dla mnie znaleźli. A, jeszcze jedno, w 2009 roku miałem problemy z pracodawcą w USA. Odszedłem z pracy i zagrozili mi deportacją. Początkowo byłem bardzo przerażony. Bałem się nawet nie samej deportacji, a raczej tego, że nie dostanę się więcej do Ameryki, a do tamtego momentu zdążyłem już przywiązać się do tego kraju. Dlatego po powrocie do Ojczyzny postanowiłem jechać znowu i zmienić sponsora, żeby w ambasadzie na pytanie, dlaczego odszedłem z pracy, odpowiedzieć, że miałem tam problemy ze sponsorem.
Nawet nie wiem, dlaczego wybrałem CMO. Pewnie dlatego, że wielu znajomych opowiadało. Pracę postanowiłem znaleźć sam. A właściwie nie pracę, a fałszywy ofert, bo nie chciałem już mieć problemów z menedżerami głupich fast-foodów, którzy tylko próbują cię zastraszyć, typu „jeśli od nas odejdziesz, to nigdy nie wrócisz do Ameryki, deportujemy cię itp.”. Nigdy nie słuchajcie tych bzdur. NIKT nie może was deportować za to, że odeszliście z pracy, bo wam się tam nie podobało. Myślę, że to nawet nie odbija się na kolejnych wizach. Ale wtedy naprawdę się bałem.
Więc, po kolei. Postanowiliśmy jechać z kuzynem i oferty były potrzebne nam obu. Znalezienie fałszywego Job Offer w internecie w zasadzie nie jest problemem. Problem w czym innym – dużo oszustw. Moje pierwsze doświadczenie z kupnem fałszywki w internecie było smutne – mnie i brata oszukano. Pieniądze wysłaliśmy, a człowiek przysłał nam oferty. Odpowiednio, ja i brat oddaliśmy oferty do sprawdzenia – ja do CMO, brat do swojej agencji. Po miesiącu u mnie pojawiła się adnotacja N/A, co oznacza No Answer (brak odpowiedzi). Z tego wynikało, że mój menedżer w Ameryce, u którego rzekomo miałem pracować, powinien zadzwonić do sponsora w Ameryce i potwierdzić, że rzeczywiście tam przyjadę. Wtedy okazało się, że takiego pracodawcy nawet nie ma. Zacząłem pisać do człowieka, który sprzedał nam oferty, żeby zwrócił pieniądze, ale on po prostu przestał odpowiadać. Odpowiednio, zacząłem poszukiwania innej oferty, ale po kilku dniach znalazłem u siebie status OK, co oznaczało „wszystko w porządku” i można iść do ambasady. Szczerze mówiąc, trochę strasznie było wchodzić do ambasady z fałszywką napisaną własnoręcznie. Ale... miałem szczęście. Żadnych zbędnych pytań mi tam nie zadawali.
Trudno opisać wszystkie te emocje, które były po ambasadzie. Zrobiłem to – jadę do Ameryki drugi raz. Zostało tylko czekać na wizę brata i kupić bilety lotnicze.
Bilety lotnicze. Tutaj zaczęły się małe problemy. Ponieważ byłem na 4 roku, musiałem zdać egzaminy państwowe, a dopiero potem lecieć do Ameryki. Okazało się, że kupić bilety na początku czerwca na koniec czerwca jest bardzo trudno (w normalnej cenie). Powiedziano mi, że najtańsze bilety kosztują gdzieś $1200 w obie strony. Trzeba było pilnie szukać rozwiązania. Początkowo myślałem, że kupowanie na stronie będzie tańsze, okazało się, że nie – ponieważ agencje, które sprzedają te bilety, mają bezpośrednie zniżki od linii lotniczych, więc trzeba kupować właśnie u nich. Zacząłem szukać jakichkolwiek opcji dostania się do USA, jakiekolwiek lotnisko, jakiekolwiek przesiadki, jakakolwiek pora dnia. I znalazłem!!! 23 czerwca z Kijowa do Bostonu, przez Paryż za 680 dolców). Pierwsze szczęście.
Brat dostał wizę, 22-go zdałem swój ostatni egzamin państwowy, i 23-go wylecieliśmy.
Lecieliśmy do USA z celem zarobienia ogromnej kupy kasy niestandardowymi sposobami. O tym później.





