Jadę do Ameryki już drugi raz. Od momentu, gdy wylądowałam na lotnisku Szeremietiewo-2, praktycznie nie żyję, tylko jestem w jakimś półśnie. Wokół wszystko szare i monotonne, a życie toczy się jak w zegarku: nauka, wyjazdy do rodziców, szkoła jazdy, znowu diesel, przyjaciele, nauka... W ogóle jest zima, sesja (co też nie za bardzo cieszy).
Chociaż nie, kłamię, czasami wychodzę ze swojego letargu i rozwijam burzliwą działalność, bo w tym roku nie tylko ja ciągnę swój tyłek za granicę, ale też masa przyjaciół, którymi trzeba ciągle kierować, mówić komu co i jak robić, gdzie iść, do kogo pisać, za co płacić... Właśnie wtedy wraca mi zainteresowanie życiem, czasu oczywiście jeszcze dużo, ale zrobić też trzeba niemało.
Z trudem wyobrażam sobie, jak wszystko będzie w tym roku, ale z głębi serca mam nadzieję na to, co najlepsze, bo tym razem nie jestem sama.
Ogólnie rzecz biorąc, plany na przyszłość to uzyskanie J-1 Visa, a na najbliższą przyszłość – zamówienie biletów.
