Londyn stał się już całkiem bliski. Znowu wypuszczają nas za darmo i pędzimy do miasta. Wsiadamy do znajomego metra. Wcześniej widzimy znowu naszych chłopaków (już innych), którzy próbują przejść we trzech na jednym bilecie okresowym (chyba 7 funtów). Złapali ich za to i ostro rugają. A oni też nie mają wizy, tak jak my. Jeśli stąd wyrzucą, to koniec, potem nawet nie wpuszczą, skoro przy ułatwionym reżimie wizowym udało ci się złamać prawo... Nasi żwawo udają głupków i ściemniają, że w Rosji wszyscy tak robią (tak samo jak zawsze wmawiasz drogowce, że w Rosji nie ma ograniczeń prędkości – stąd właśnie biorą się wyobrażenia o nas na Zachodzie=)))
Nieważne. Spacerujemy do ulubionego Trafalgar Square, siedzimy w ulubionym McDonaldzie i kafejce internetowej. Spacerujemy do Tower, potem jeszcze trochę i około trzeciej w nocy rozumiemy, że jesteśmy śmiertelnie śpiący. Ale nie ma gdzie spać. Mniej więcej tak samo śmiertelnie.
Wsiadamy do pierwszego lepszego piętrowego autobusu i słodko zasypiamy na drugim piętrze...))
Kto by wiedział, że ich nocne i dzienne autobusy się różnią??)) Odjechaliśmy 2,5 godziny do jakiegoś przedmieścia, z którego rano do Londynu nic nie jeździ. A nasz samolot jest o 18:00))
Z trzema przesiadkami dojeżdżamy do wieżowca-ogórka i idziemy spacerować po biznesowej dzielnicy City. Tutaj jest odjazdowo! Wszyscy w koszulach i krawatach, samochodów nie ma, bo wjazd do miasta rano jest zabroniony, wokół ze sklepów – tylko krawcy i szewcy))
Potem dzwonimy do Bank of America, gdzie została część pieniędzy. Okazuje się, że żeby przelać je do Rosji, trzeba zapłacić około 150 dolarów. I to niezależnie od kwoty, chyba. Każdemu. Smuci nas to, ale od razu wymyślamy, co robić. Dziewczyny wypłacają swoje pieniądze w banku Barclays, bo tam z kart Bank of America nie ma prowizji. A ja zostawiam te pieniądze, bo muszę jeszcze zamówić laptopa z USA przez internet i poprosić o wysłanie pocztą do Rosji.
Dalej idziemy kupić dziewczynom adidasy, żeby mieć chociaż coś z zagranicy z ubrań)) Kiedy wybierają, okazuje się, że już spóźniamy się na samolot. Pędzimy do metra, 40 minut przed samolotem jesteśmy na lotnisku.
Biorąc pod uwagę, że trzeci dzień nie jestem ogolony, dzisiaj spałem gdzie popadnie, myłem się i myłem zęby w kawiarni, mój wygląd naprawdę nie jest najlepszy. Po odstaniu 20-minutowej kolejki poddaję się super-kontroli dwóch facetów. Kiedy znajdują w kieszeni różaniec, ich oczy się zapalają i widać, że zaraz wyciągną mi zza pazuchy bombę albo pół kilo heroiny. Już sam zaczynam się bać. Do samolotu 10 minut.
Po 2 minutach puszczają – pędzimy na złamanie karku do naszej (jak zwykle, najdalszej) bramki i na 1,5 minuty przed końcem boardingu wbiegamy do autobusu British Airways. A gdybyśmy się spóźnili – nigdy więcej nie zobaczylibyśmy Zjednoczonego Królestwa. Bo to byłoby to samo naruszenie reżimu ułatwień wizowych.
Krótko mówiąc, ostatnie 2 rozdziały są o tym, żeby liczyć swój czas, to czasem drogo kosztuje))
Wszystko, Boeing 737 odrywa się od ziemi i po 3 godzinach jesteśmy w Finlandii. Wychodzimy, patrzymy na gotową do płaczu mamę, odbieramy bagaż, wsiadamy do samochodu, włączamy nawigację i po rosyjsku wpisujemy punkt: "Rosja, Sankt Petersburg"

